Czerwony motyl -moje opowiadanie


Siedział w swoim fotelu, opierając głowę na aksamitnych poduszkach. Czerwone, miękkie pieściły tył głowy. Lubił wtulać się w aksamit jak w ciało kobiety. Na stoliku, parowała herbata, mocna i aromatyczna. Ranek jeszcze mglisty, ale powoli przez szczelinę w kotarze sączyło się światło. Znikały ciemności, a jego wzrok mógł podziwiać motyle. Pamiętał ile czasu musiał poświęcić, żeby je złowić. Ta pogoń za najpiękniejszym i troska o skrzydła. Tak łatwo uszkodzić pyłek. Bezbarwne bez tego swojego aksamitu tracą wartość. Już nie dzieła sztuki uszkodzone traciły delikatność i wyrazistość koloru. Kolekcjonował monarchy. Piękne dziwne motyle, niepodobne do innych.
Podróżnicy-Tak o nich pomyślał.
Zatrzymywał je w rozwieszonych gablotach jak piękne obrazy wyrwane życiu. Potrafił je śledzić, zaznaczać trasę, którą pokonywały. Mało kto o tym wiedział, bo motyle nie wzbudzały tu większego zainteresowania. Obserwował je od dłuższego czasu. Pomarańczowe z czarnym wzorem, a każdy inny, jak w kalejdoskopie. Wzory na skrzydłach były różne. Nie było dwóch takich samych.
-Miękkie jak aksamit -tak je określił. Wtulił się mocniej w oparcie i przypomniał sobie o pogoni za dużym motylem o czarno-białych skrzydłach. Musiał przebiec wiele kilometrów, żeby w końcu zarzucić siatkę i usłyszeć delikatny trzepot skrzydeł. Powoli, żeby go tylko nie uszkodzić.
-Musi być nienaruszony -pomyślał.
-Mój Bambi. Siedziałby w pokoju dalej, czuł się w nim jak w azylu. Lubił go i kolekcje, niekończącą się kolekcję motyli. Uwielbiał je przygotowywać, suszyć, żeby później nabić na szpilkę i umieścić w gablocie. Wiele już wisiało w szklanych pojemnikach. Będzie znacznie więcej. Są takie piękne i już nie stracą tej delikatności, kolorów. Na zawsze ozdobione tym, co natura tak szczodrze rozdaje. Zegar wybił dziewiątą, herba stała nienaruszona. Zaparzona bardziej dla rytuału niż konieczności. To o dziewiątej jadł śniadanie i o tym czasie bardziej jej potrzebował. Wstał, powolnym krokiem wkroczył do kuchni. Nie jest już młody, wiek trochę o sobie przypomina. Nie ma tej sprawności co dawniej. Musi pamiętać, że potrzebuje więcej czasu niż kiedyś. Jajecznica na parze, delikatna i puszysta. Posypie ją suszonymi pomidorami. Smak zasuszony w cząstkach tak jak uroda motyli w szklanych gablotach. Lubił to połączenie: jajka i pomidory. Latem był we Francji i przywiózł sobie mały zapas. Najlepsze przywoził z Hiszpanii lub Włoch. Niepewny czas i wolał nie ryzykować. Niebezpiecznie tam się zrobiło i na razie wolał tam nie podróżować. Jajecznica była jego pomysłu i nikt nie potrafił przygotować podobnej. Sekret tkwił w mleku, które szybko dodawał podczas smażenia. Dzisiaj musi zjeść porządne śniadanie, czeka go daleki spacer. Odwiedzi królową, królową jego motyli. Czerwony motyl- Pomyślał. Tak ją kochał, była najważniejsza i niepowtarzalna.

Słoneczny ranek, liście tańczą unoszone wiatrem. Wąska ścieżka pośród starych drzew i zapach
końca lata. Nie tak świeży, jak w poprzednim miesiącu. Kochała początek września, liście zaczęły zmieniać barwę, a gdzieniegdzie zaczynały układać kolorowe kobierce. Dywany znacznie piękniejsze od perskich. Spacerowała po parku, który znajdował blisko Minneapolis. Duży obszar zieleni z możliwością obserwowania rzeki. Missisipi spokojnie toczyła swoje wody. Pomyślała o ławeczce na ktòrej lubiła przesiadywać. Mieszkanka południa z domieszką paru kropel błękitnej krwi. Dumna postawa i delikatne rysy twarzy. Ciemne duże oczy i aksamitna cera. Miodowe iskry pojawiały się w jej spojrzeniu zawsze, wtedy kiedy coś bardzo ją cieszyło. Szelest kolorowych liści i promienie wrześniowego słońca. Zapowiadał się ciepły dzień.
- To dobrze- pomyślała. Ucieszyło ją to, bo zamierzała spędzić tu większość dnia. Złoty odcień słońca przysłaniał czysty błękit. Jeszcze nie będzie tego charakterystycznego ostrego wiatru, a póżniej spadnie śnieg, będzie jej towarzyszył przez następne miesiące. Zerknęła na swoją sukienkę. Czerwony aksamit zgrabnie opinał sylwetkę. Była wysoka i wiotka jak gałązka. Długie szczupłe dłonie i ręce przypominające dziecięcą szczupłość.
Trochę ją to peszyło, bo czuła się jak kopciuszek w krainie zdrowych pełnych kobiecych kształtów. Eleonora, zwiewna i delikatna jak motyl. Lubiła czerwone suknie, a szczególnie aksamitne. Ten odcień czerwieni dodawał jej kobiecości.
- Czy nie za ciepłą suknię ubrała na ten dzisiejszy spacer-pomyślała i usiadła na ławeczce, z której mogła przyglądać się rzece. Zdjęła białe rękawiczki, by na chwile poczuć ciepło. Lubiła w słońcu wygrzewać swoje długie palce. Jaki piękny czas, spokój i beztroska miała osiemnaście lat. Nie była już taka młoda jak dwa lata temu. Znalazła się w szeregu dam na wydaniu, w oczekiwaniu na męża.
- Jaki miał być ? Uśmiechnięty i opiekuńczy. Takiego mężczyznę chciałaby widzieć u swojego boku. Nie zrzędę, który tonąłby w konwenansach. Była nowoczesną kobietą na ile mogła być temu wierna. Rodzina jej pochodziła z Anglii, a dokładniej z Londynu. W 1817roku miała roczek właśnie wtedy rodzice postanowili przenieść się do Minneapolis. Wielu rodaków zamieszkiwało tereny Minnesoty. Nie może pamiętać swojego kraju, bo była za mała, ale widziała go na zdjęciach. Czarnobiałe nie mogły oddać walorów miejsca jej urodzenia. W przyszłości chciałaby je zobaczyć. Dobrze jej tu było i nie zamierzała porzucić tych ziem.
- Muszę udać się do drugiej strony parku-postanowiła.
- Tam są moje drzewa. Zgarnęła rękawiczki i skierowała się w stronę ścieżki, która prowadziła do drzew.
-Ładny dziś dzień- Spojrzała na miejsce, z którego dochodził głos.
-Tak, to prawda-odpowiedziała.
-Lubi pani ten park? Przepraszam, że zakłócam rozmyślania, ale jest pani jedyną żywą duszą w obrębie wielu metrów.


Szedł w jej kierunku, cały rozpromieniony i ani na chwile nie spuszczał spojrzenia.
-Trochę panią przestraszyłem?
-Nie bardzo- szybko odpowiedziała. Nie wygląda pan na groźnego-uśmiechnęła się odsłaniając śnieżne zęby. Nie były równe, bo kły lekko nachodziły na siekacze, ale była to mała niedoskonałość, która dodawała jej uroku.
-Jest pani odważną kobietą. Sama w takim pustym miejscu. To przecież niekończąca się możliwość dla brutalnego człowieka.
-Myśląc podobnie siedziałabym tylo w przydomowym ogródku.
-Niekoniecznie w swoim, mój mógłby być dla pani otwarty-spojrzał wymownie, rozpoczynając zabawną grę, która nazywała się flirt.
Wiedziała o tym, bo nie jest naiwna. Kiedy inne dziewczęta bawiły się lalkami ona czytała książki. Nie przeczytała ich w ogromnych ilościach, ale wystarczającą wiele, żeby ocenić zaistniałą sytuację. Czytanie wśród kobiet nie było tak rozpowszechnione, jak ploteczki. Nie lubiła tego, bo jakby na to nie patrzeć to było to tylko szydzenie z kogoś innego lub wyliczanie nieszczęść. Były też inne rodzaje omawiające stan majątkowy, jaki rodzaj biżuterii przyniósł narzeczony lub wstydliwe rozpamiętywania pocałunków, lub śmielszych pieszczot. Tych plotek było znacznie więcej, ale wszystkie skupiały się na jednym, chwaleniem się stanem posiadania lub narzekaniem na stan posiadania, lub wyznania miłosne. Nie lubiła takiego spędzania czasu. Wolała korzystać z biblioteki ojca. Uwielbiała zapach nowych książek lub tych o pożółkłych kartkach gdzie czas ukrył się między stronami. Wystarczyło je przerzucać i czytać treść. Pomieszczenie było obszerne utrzymane w brązowej tonacji. Półki i gabloty wykonane z ciemnego drewna. Pośrodku stało biurko, całe rzeźbione, a przy nim duży, wygodny fotel. Skórzana sofa znajdowała się pod oknem, z którego był widok na kwiatowe rabaty i stare drzewa. Czytając kuliła się jak kot, zapominając o wszystkim dookoła. Często matka przywoływała ją ciepłym głosem.
-Em kochanie, Em gdzie jesteś?
-Matka używała miłego zdrobnienia. Lubiła je, bo brzmiało, mniej poważnie niż Eleonora.
Wtedy zamykała świat, do którego się przeniosła i szła w kierunku nadchodzącej matki.
Mężczyzna był interesujący, nie był to typ donżuana. Urody raczej pospolitej, ale wyczuwała w nim coś niezwykłego co zaczynało ją do niego przyciągać.
Jakaś niewidoczna iskra, która potrafiłaby rozpalić ogień w sercu.
Spojrzała na niego zalotnie i zapytała.
-Jak wygląda pana ogród, bo w brzydkim nie siedziałabym.
-Zaskoczę panią, chociaż jestem tutejszy to kocham angielskie róże. Mój ogród jest ogrodem różanym. Wiele krzaków o bladoróżowych kwiatach i pięknym zapachu. Sporo mam z nimi kłopotu, przez tutejsze zimy. Przemarzają i nieraz sam nie wiem czym je przykryć, żeby nie wyginęły.
-Ach rozmarzyłam się tym opisem. Zachęcił mnie pan do swojego ogrodu tak, że nawet przekwitłe krzaki zobaczyłabym chętnie. Przekwitły już?
- Niestety już nie mają kwiatów, przekwitły. Upały przyspieszają kwitnienie. Nie kwitną tak długo, jak w Europie.
- W przyszłym roku muszę je zobaczyć, kocham kwiaty, a róże szczególnie. O ile pan mnie zaprosi.
- Oczywiście, że tak i proszę mówić mi Jonatan.
-Eleonora mam na imię- Podała rękę okrytą białą rękawiczką.
Przytrzymał ją delikatnie, poczuła ciepło jego dłoni. Stali przez chwile wpatrując się w oczy. Zaczęło robić się późno i najwyższa pora wracać do domu.
-Będziesz tu za tydzień?
-Tak, jeśli pogoda pozwoli, a jeśli nie to za dwa tygodnie w tym samym miejscu.
-Do zobaczenia-Odwrócił się na pięcie i zaczął odchodzić. Popatrzyła na jego plecy i pomyślała, że należą do wyjątkowo silnego mężczyzny.




Po powrocie do domu rozmyślała i przypominała sobie spotkanie. Mężczyzna ją intrygował. Nie można kontrolować swojego serca, bo to ono wybiera i ani na chwilę nie można o tym zapomnieć. Myślała o powstawaniu połączeń podobnych do pajęczych nici. Jak raz powstaną, to trudno je zerwać.
- Znajomość zawarta w parku, lepiej o niej zapomnieć-pomyślała.

-Nic o nim nie wiem. Kim jest i jaki ma charakter, a jeśli to ktoś zły?-prowadziła dyskusję ze sobą.

Najczęściej poruszała się po znanym obszarze, ludzie tu mieszkający i ich dzieci. Znała sporą grupę młodych ludzi, często spotykała ich na balach. Mężczyzna był inny, nic o nim nie wiedziała i to ją do niego przyciągało. Przekorna natura, jeśli nie zna się kogoś lub czegoś to tym bardziej chcę się poznać . Nuta tajemniczości podniecała i kierowała w miejsce, w którym można było wszystkiego się dowiedzieć.

Spędziła tydzień na domowych obowiązkach. Razem z matką sprawdzały spiżarnie, a później towarzyszyła jej na spotkaniach towarzyskich. Miała czas na czytanie książek i to ją relaksowało. Zbliżał się termin randki i zaczynała rozmyślać.

-jak się zachować? Zadawała sobie to pytanie, zdecydowała, że pójdzie. Ten jeden raz zachowa się nie jak dama, a poza tym nie lubiła być damą z mnóstwem zasad.
Dzień zapowiadał się deszczowo i nie mogła iść do parku, bo nie było po co. Kto w taką pogodę spaceruję ścieżkami i moknie. Mogła zabrać parasol, ale jakie znaleźć wytłumaczenie dla takiego zachowania. Młoda kobieta idąca do parku w czasie ulewy, bo z deszczu zrobiła się ulewa, która stukała w szyby i dach domu.
Minęło sporo czasu, jesień i zima ze śniegiem i cały ten czas, który nazywała czasem niedźwiedzim. Spowolnione życie dostosowane do zaokiennej aury. Czas jednak szybko płynie i nawet się nie spostrzegła jak zrobiło się cieplej.

Popatrzyła na drzewa i młode pąki zaczynały się skromnie otwierać ogrzane pierwszymi słonecznymi promieniami. Myślała, że zapomniała o mężczyźnie. Tak jednak nie było. W momencie, kiedy słońce mocniej zaczęło grzać ona zaczęła mysleć o parku. Sobota trochę rozleniwiona, bo nie było zajęć. Kręciła się po domu i nawet nie chciała zaszyć się w bibliotece. Podekscytowana, kochała spacery i drzewa, które poznała samotnie przemierzając teren. Przyglądała się im jakby były ludźmi. To im opowiadała o swoich tajemnicach i radościach. Znały wszystkie jej historyjki, te weselsze i smutne.



Jonatan wrócił do domu, spojrzał na biało czarnego motyla. Monarcha o nietopowych skrzydłach. Większość tych motyli miała pomarańczową barwę, a ten był wyjątkowy.
- Długo musiałem biec, żeby wreszcie go pochwycić-poczuł się jak wtedy, rodzaj satysfakcji, który odczuwa łowca na polowaniu, a szczególny, kiedy odniósł zwycięstwo.

Przemieszczał się w obrazach, które towarzyszyły mu wtedy podczas pogoni za klejnotem, bo tak o nim myślał. Najcenniejszy do dzisiaj.

-Ona jest inna, nie spotkałem kobiety podobnej do niej. Imie ma piękne, kobiece i miękko brzmi-analizował każdy szczegół jej wnętrza i zewnętrznego wyglądu- Eleonora-zawołał i zasnął śniąc o niej, zaczynała go bardzo interesować. We śnie widział jak biega wsród motyli , a one siadają na jej dłonie, dziwne czerwone jakby wycięte z jej sukni.

Przez cały tydzień obserwował pogodę, chciał, żeby utrzymała się słoneczna, wiedziałby wtedy, że ją spotka. Tak sobie obiecali i czekał z niecierpliwością na ten dzień. Pogoda cały czas pogarszała się, a w dniu spotkania lało. Był wyraźnie wzburzony i kloł na los. Mógł podać jej adres, ale wiedział, że nie przyjdzie. Ona ze szlacheckim pochodzeniem. Na spotkaniu powiedziała mu o tym wiedział, że urodziła się w Anglii w dostojnej rodzinie. On tutejszy mężczyzna prowadzący mały kolonialny sklepik. Lubił to miejsce, dbał o towar i zawsze

Wyjrzał za okno i wściekły wrócił do pokoju.

-Nic z tego- pomyślał- nie spotkamy się dzisiaj, będę czekał na słońce i czas powrotu. Jak zrobi się cieplej spotkamy się i już nie będzie ulewy, bo będziemy należeli do siebie. Jest moja jak motyle, żaden przede mną nie uciekł- rozmarzył się, wyobrażając sobie spotkanie.

Sobota po zimowych miesiącach, pierwszy ładny dzień. Długi czas czekał na ten moment. Czuł, że ona kocha to miejsce i wróci. Są obszary ziemi, które stają się nasze. Najczęściej wiążą się z urodzeniem, ale są też takie, które wybieramy. Wołają do nas, a my rozumiemy ich mowę. Mowa drzew i kwiatów jest dla niektórych zrozumiała. Szedł szybko chciał dotrzeć do miejsa jak najwcześniej. Nie wiedział ile czasu będzie czekał, ale czuł, że ona przyjdzie. Czekał już dobre dwie godziny i nagle dostrzegł czerwony aksamit wdzięcznie poruszający się w rytm wiatru kołyszącego suknie.

- Eleonora zawołał i serce na chwilkę przystanęło w oczekiwaniu na reakcje.

- Jonatan zawołała, to ty? Czyżbyś czekał na mnie tyle tygodni? Jak przetrwałeś ten czas w tym miejscu?

-Nie bądź niemąrda-rozśmiał się i popatrzył jej w oczy. Podobasz mi się, ale dla żadnej kobiety nie narażałbym swojego życia. Nie licz na tego typu dyrdymały. Grać na mandolinie pod twoim oknem też nie będę.

Roześmiała się, a jej śmiech był czysty i piękny jak odgłos wesołych dzwonków.

Chwycił jej rękę i mocno przytrzymał- Choć obejrzymy park, po zimie. Nie będziemy stali w miejscu.

Nie protestowała jego uścisk dłoni był jej miły. Czuła jego siłę i rodzaj opiekuńczości, która przejawiała się w geście.

Spotykali sie całą wiosnę opowiadając o swoich marzeniach. Powierzali sobie tajemnice, czuli się z sobą tak dobrze, jak dwa fragmenty pasujące do wszystkich najmniejszych uszczerbków, które życie zdążyło wyłamać.

-Kocham cię Eleonoro- powiedział pewnej niedzieli. Długo patrzył w jej błyszczące oczy.

- Nie jesteś mi obojętny odpowiedziała i podeszła do niego bliżej.

Przyciągnął ją mocno do siebie, wtulił w szerokie ramiona, tak mocno jakby za chwile miał stracić. Potem delikatnie odsunął i namiętnie pocałował. Nie był to pocałunek z rodzaju gwałtownych, żądnych czegoś więcej. Całował delikatnie i zwiewnie tak jak całuje się istotę podobną do motyla.

-Jonatanie chciałabym zachować tę chwilę na wieczność- wyszeptała mu wprost do ucha.

Zrobiło się już późno, słońce nie miało tej mocy co wcześniej. Musiała wracać, bo jeśli nie to zaczęliby jej szukać. Jonatan odprowadził ja na skraj parku długo przyglądał się zgrabnej sylwetce i kołyszącym biodrom.

-To ona, to jego żona następnym razem będą planować przyszłość- pomyślał. Kupię jej pierścionek z czerwonym rubinem-marzył dalej.

Następną sobotę w parku spędził samotnie. Nie przyszła, patrzył na oczko pierścionka. Wybrał najpiękniejszy rubin, jaki mógł znaleźć.

-Co mogło się stać?-myśli o Eleonorze nie powołały mu normalnie funkcjonować, nie potrafił cieszyć się kolekcją i tymczasem, który rozpoczynał się obiecując ciepły słoneczny miesiąc.



Eleonora wróciła do domu, napotkała pytające spojrzenie matki.
-Em gdzie byłaś tyle czasu. Nie jesteś rozsądną. Czy zwróciłaś uwagę na godzinę? Nie zapominasz o tym, że kobieta nie powinna sama spacerować tyle czasu?

- Mamo kochana nie zwróciłam uwagi na godzinę, było tak pięknie. Zieleń i zapach parku, ty nie chodzisz tam wiec nie rozumiesz-nie mówiła matce o Jonatanie, dopiero chciała przygotować ją na wiadomość o konkurencie i o tym, że bardzo jej się podoba, nie była pewna czy matka będzie zadowolona, czy pozwoli im się spotykać. Nie było już tak jak kiedyś, ale dalej dawne zasady wygrywały.

Położyła się spać wcześniej informując rodzinę, że dzisiaj jest bardzo zmęczona. W nocy obudził ja suchy kaszel. Kaszlała i nie mogła dobrze oddychać. Była cała rozpalona i bardzo chciała napić się wody.

Matka zawsze jest połączona niewidoczną nicią z dzieckiem. Potrafi wyczuć, jeśli coś złego dzieje się, odległość jest nieważna. Wstała i pospiesznie podeszła pod pokój Em. Przez zamknięte drzwi słyszała kaszel, suchy nieprzyjemny kaszel.

- Em kochanie co się dzieje? Co ci jest dziecko. Dotknęła jej głowy i poczuła, że bardzo jest rozpalona.

Nazajutrz przyjechał doktor, po osłuchaniu płuc stwierdził, że Eleonora zachorowała na zapalenie płuc.

-Nie jest to zwykła choroba, bo wielu pacjentów umiera. Nie ma lekarstwa na tę chorobę. Musi być pani silna- doktor poinformował pobladłom matkę.

- Nie wszystkie podobne sytuacje kończą się śmiercią, musi mieć pani nadzieję i modlić się do Boga o zdrowie dla córki.

Eleonora była wątła w dzieciństwie często przeziębiała się, choroby córki były na porządku dziennym. Po dwóch tygodniach stan zaczął się pogarszać. Eleonora nie miała siły walczyć i z dnia na dzień odchodziła.

We wtorkowy ranek matka, która czuwała w pokoju córki zdrzemnęła się na chwilę, a gdy się ocknęła czoło Eleonory było zimne. Dotknęła ręki i miejsca gdzie można wyczuć puls, było zimne i nie wyczuwała uderzeń serca.
Eleonora miała być ubrana w czerwoną suknię- matka tak zadecydowała. Odbiegając od konwenansów, bo wiedziała, że córka życzyłaby sobie tego. Lubiła czerwony aksamit i wiele sukien tak wyglądała. Do stroju dodała białe rękawiczki i nowe czarne buty. Jej dziecko na ostatnią drogę musi mieć piękne rzeczy. Ciało zostało przewiezione do kostnicy. Jeszcze niedawno ciała zmarłych przebywały w domu, ale teraz to się zmieniło. Nastała dziwna moda na balsamowanie zwłok. Nie będzie balsamować córki ma wyglądać naturalnie, nie uważała, żeby to było konieczne. Łzy toczyły się po policzkach, jak będzie żyć bez niej. Odda ją ziemi, a powinno być odwrotnie. Dlaczego żyję? To ona powinna pierwsza odejść i tam czekać na Eleonorę. Moja córeczka, moja maleńka. Szlochała przypominając sobie fragmenty ze wcześniejszego życia. Obrazy, kiedy ją tuliła, piastowała taką maleńką. Najgorszy cios, który zadać może życie to śmierć dziecka.




Jonatan szalał z niepokoju, nie wiedział co stało się z jego motylem. Starał się dowiedzieć czegoś o niej. Nie było to trudne, bo była zauważana i ogólnie lubiana.

-Przychodziła po zakupy do mnie młoda brunetka, miała na imię Eleonora-zapytał obsługiwaną klientkę. Kupowała owoce i przyglądała im się wyjątkowo szczególnie.

-Są, świeże, nie musi się pani tak martwić.

-Ta kobieta przestała przychodzić, czy mój towar nie jest taki jak oczekujecie?

-Jest doskonały, zawsze sama wszystko dobrze sprawdzam, taka już jestem. Ta kobieta, Eleonora nie żyję -odpowiedziała.

Zesztywniał i czuł jak krew odchodzi mu z głowy. Zrobił się tak blady, że kobieta zapytała go.

-Znał ja pan? -nie, nie znałem odpowiedział w pospiechu. Jest dzisiaj tak ciepło, a jestem trochę zaziębiony, zrobiło mi się słabo, ale już czuję się dobrze.

- Musi pan uważać, bo wielu ludzi choruję, jakaś dziwna choroba, która atakuję płuca. Na tą chorobę zmarła kobieta, o którą pan pytał.

Klientka wyszła nie domyślając się niczego, nie wiedziała o ich zażyłości i kim dla siebie byli.

Wywiesił kartkę zamknięte i wrócił do swojego pokoju. Sklepik zajmował dolną część domu, a mieszkalna znajdowała się na pietrze. Po dotarciu do swojego pokoju płakał jak ktoś kto stracił wszystko co było dla niego najcenniejsze. Nie rozumiał jak do tego doszło. Myśli jak oszalałe biegły przez głowę.

-Za długo byliśmy wtedy w tym parku, to moja wina, nie potrafiłem się rozstać, przedłużałem chwile, kiedy będziemy wracać. Nie żyję, co ja teraz zrobię, jedyna dla mnie, odeszła.
Długo myślał co ma zrobić, na końcu stwierdził- nie mogę pozwolić jej odejsć-tak powiedział do siebie i wyszedł z domu. wiedział, że ma trochę czasu, bo ze względu na dojazd rodziny, pogrzeb nie odbędzie się na drugi dzień.
Nie pozwoli jej odejść, nie odejdzie i zostawi go-myślał nad pomysłem. miała być jego żoną i zostanie w taki sposób będzie z nią do końca życia.
-Kiedyś się spotkamy i wybaczy mi to co zamierzam zrobić teraz-uśmiechnął się do swojego przedsięwzięcia.
Miał trochę szczęścia, bo pomysł wydawał się szalony, ale możliwy do zrealizowania. Obecana moda do balsamowania zwłok sprzyjała Jonatanowi. Jedyna przeszkoda to taka, że wszystko, co było potrzebne do zrealizowania pomysłu musiał przywieść z miasta położonego obok, bo inaczej tutejsi domyśliliby się wszystkiego, a tego nie chciał.
- Zadba, żeby nie posądzono go o utratę zmysłów- w myślach analizował każdy element potrzebny do zatuszowania.
Z odpowiednią trumną nie było kłopotu, bo były modne ołowiane ze szklanym wiekiem. przywiózł ją na swoje pole, które znajdowało się za parkiem. Nikt tam nie przychodził, było dzikie i nieokiełznane.Skrawek ziemi, który był, ale nie był zaliczany do pięknych. miał pewność, że nikt tu nie przyjdzie i nie powstrzyma go przed zrealizowaniem planu. Alkohol wstawił do trumny, potrzebny był, żeby zwłoki nie uległy rozkładowi. przykrył wszystko gałęziami, żeby projekt był niezauważalny.
- Teraz, tylko ciało i nie zostanę sam, będę z nia w podobny sposó jakbyśmy żyli razem-uśmiechnął się do sposobu  na zatrzymanie jej tutaj.
-Kostnica była niestrzeżona i nie miał problemu z przewiezieniem zwłok. była sztywna i niepodobna do siebie, ale to była Eleonora, kobieta, do której żywił uczucia. Zanim zawinął ją w prześcieradło i czarną kapę, którą zabrał,żeby zawinąć ciało szczelniej, spojrzał na twarz. Nie zmieniła się, wygladała tak jakby spała. Te duże ciemne oczy przykryte teraz powiekami, miał uczucie, że za chwile się otworzą i zawoła-Jonatan.
Nic takiego się nie stało. Nie żyje i nie może tego cofnąć.
- Zostaniesz ze mną jak motyle, jesteś ich królową i moją-burknął pod nosem.
Na miejscu miał problem z ułożeniem ciała w trumnie, było sztywne i nieporęcznie wkładało się je do wnętrza. Kiedy spoczywało wewnątrz zaczął wlewać alkohol- tak zabalsamuje zwłoki.
- Wygląda tak pięknie, nic się nie zmieniła, obserwował jak alkohol wypełnia trumnę i jednocześnie dodaje koloru sukni Eleonory. Przykrył ją szklanym wiekiem i dobrze po uszczelniał. Narzucił warstwę ziemi. Trumna zaczęła znikać, ale wiedział, że wystarczy odsunąć 50 cm i znowu ją zobaczy. Nie miał wyrzutów sumienia, bo gdyby nie śmierć zostałaby jego żona i mieszkaliby razem. Pomysł dał namiastkę życia we dwoje- tym się pocieszał.
-Będę cię Kochanie odwiedzał nie będziesz tu sama. Wiem, że to źle wygląda, wkoło pustka i tylko to drzewo, które rośnie przy tobie. Nie potrafiłem wymyślić nic innego, zabrano by cię do miejsca, do którego nie miałbym dostępu- rozmawiał sam ze sobą, analizując to co zrobił.
Noc kończyła się i ranek rozjaśniał wszystko dookoła. Szedł w kierunku domu w taki sposób, żeby nikt nie zauważył jego nieobecności. W mieście zrobiło się gwarno, nikt nie rozumiał co stało sie ze zwłokami Eloonory. Wyglądało to jakby zmartwychwstała i udała się do nieznanego miejsca. Matka wypłakiwała oczy. Córka zmarła, a później zniknęło jej ciało. Niemożliwe stało się możliwe. Płakała przypominając wspólne chwile- nic nie utuli jej żalu. Nie ma nic straszniejszego niż śmierć dziecka, powtarzała to wielokrotnie.

Jonatan czekał cierpliwie, wiedział, że nie może wzbudzać podejrzeń. Nikt nie łączył go z Eleonorą, ale i tak musiał być cierpliwy, bo w miasteczku wrzało od niestworzonych opowieści. Wiedział, że skrzywdził jej matkę, ale chęć bycia z córką była silniejsza niż świadomość niewiedzy matki.


Pierwszy raz odwiedził ją po roku, była to kwietniowa sobota, podobna do tej sprzed wielu miesięcy. Odsunął ziemie, a serce biło mu jak oszalałe. Słoneczna pogoda sprzyjała ujrzeniu twarzy. Oświetlił ją dodatkowo.


-Czy jest cała, czy proces rozkładu zwłok został zahamowany? Czy mi się udało?-takie myśli powstawały w głowie.

Eleonora wyglądała tak samo, jak wtedy, kiedy się z nią rozstawał i przysypywał ziemią, Położył dłoń w miejscu ust, w taki sposób przywitał się, powiedział kocham cię Em, kocham mój czerwony motylu.



Nie był już młody i piesze wędrówki były coraz trudniejsze.

-To będzie ostania, naszkicuję obraz, który wykończę w domu, to on będzie mi towarzyszył do końca. Jestem już stary i nogi nie służą mi tak kiedyś- odsłonił ziemie i po raz ostatni spojrzał na nią.

Na to pustkowie nikt nie przychodził i mógł spędzić z nią trochę czasu. Wyjął szkicownik i zrobił potrzebny szkic, który chciał skończyć w domu. Zawsze dobrze malował, nie zajmował się malowaniem obrazów, ale tym razem wykorzysta swoje umiejętności. Chce mieć ją przy sobie. Dłuższe spacery kończą się-czuł to w nogach, które bardzo bolały go. Wracając odwracał się wielokrotnie i przyglądał drzewu, które rozrosło się i przypominało olbrzyma mającego strzec wejścia do jaskini pełnej skarbów.

- Strzeż jej nie pozwól, żeby ktoś odkrył tajemnicę- powtórzył to szeptem, jakby chciał zawrzeć pakt z drzewem.



Minęło wiele lat, drzewo chorowało i zaczęło próchnieć, przy pierwszym mocniejszym podmuchu wiatru upadło z łoskotem. Zakończyło straż, było wolne i każdy miał dostęp do tajemnicy.

Na polu pracował robotnik był spocony, bo dzień gorący, a praca wyczerpująca. Koparka nie chodziła tak sprawnie jak powinna, miał nadzieję, że dotrwa do końca. Usłyszał zgrzyt jakby łopata uderzyła w szkło.

-Co to jest do cholery-zaklął.

-Wysiadł i podszedł do miejsca, z którego dobiegł odgłos.

- O cholera! Kto to może być-przerażony patrzył na odsłonięte zwłoki. Kobieta była jak żywa, ubrana w czerwoną, aksamitną suknię, na rękach miała białe rękawiczki.

-Morderstwo? - rozglądał się podejrzliwie, to nie teraz, ona jest bardzo dziwnie ubrana-stwierdził i szybkim krokiem opuścił pole, chciała jak najszybciej zawiadomić policje.




Do Tower dojechała autobusem, zielona linia stanęła. Nie dziwiło jej to, bo z District Line często były problemy. Miała 25 lat i duży zapas energii więc potrafiła wyprzedzić tłum zmierzający w kierunku autobusu numer 25, bardzo cenny w czasie kiedy tak się dzieje. Objeżdżał prawie cały Londyn i nim mogła dojechać do pracy. Nerwy napięte, kiedy stoi metro, każdy chce dojechać na czas. Olbrzym tak myślała o mieście, ma swoje prawa. Jednym z nich są niespodzianki, nigdy nie wiadomo kiedy zaserwuje jedną z nich.
Przypomniała sobie o pewnym czasie, kiedy krążyła całą noc, bo zamknięto metro, a ona nie znała dobrze miasta. Wchodziła do różnych autobusów i odjeżdżała coraz dalej. Do domu dotarła o 4 rano, o 5. 30 miała wstać. Wzięła szybki prysznic, kanapka z serem i to, co wprawiło ją w dobry nastrój, ciepła herbata, roztaczający się aromat. Relaks był jej bardzo potrzebny, a taka czarna, mocna ma dużą moc. Przypomniała sobie to wszystko, bo zielona linia unieruchomiona, ale ona siedzi już w autobusie i to jadącym we właściwym kierunku. Pracowała w hotelu przy Tower Hill, praca bardzo ciężka, ale miała problemy z językiem angielskim. Na razie wystarczy, a potem poszuka czegoś lepszego. Nie lubiła tej pracy, wyczerpująca i otępiająca mózg. Przez wszystkie godziny sama w pokojach. Od czasu do czasu wchodziła supervisor (kierowniczka), żeby powiedzieć, że czegoś zapomniała lub źle posprzątała i musiała wrócić, a czas nie zwalniał. Zapominała, bo jak nie zapomnieć o czymś w takim tempie. Nie miała jeszcze dużego doświadczenia, tylko małe. Na początku pracowała w innym hotelu, koleżanka dała jej namiary na agencje, brali bez znajomości języka. Wszystko wyglądało pięknie, tylko jak zaczęła tam pracować to zrozumiała, w co wdepnęła. Dziewczyny sprzątały po 17 i więcej pokoi, często bez dnia wolnego. To jeszcze nie byłoby tak straszne, jak wypłata. Czekała na nią jak na zbawienie do chwili kiedy ją zobaczyła, płacili 1,5 funta za pokój i łazienkę ona się nie wyrabiała, bo był to jej pierwszy hotel,więc pokoje jej zabierano i dawano komuś innemu. Z pierwszej wypłaty zapłaciła pokój i zostawiła pieniądze na dojazd a, na jedzenie nie miała. Dobrze, że obok mieszkała sympatyczna kobieta. Miała trochę więcej niż 40 lat, traktowała ją jak starszą siostrę. Nie jak mamę, bo młodo wyglądała, a do tego miała nie standardowy sposób bycia. Kiedyś jej syn nazwał ją niepoważną mamą. -Moja niepoważna mama- powiedział i się uśmiechnął, tak zostało. Miała na imie Magda i przyjechała tu, żeby pomóc dzieciom. Tak jak się jej uda, bo zostawić dzieci do samodzielnego radzenia sobie w tym pokręconym świecie to jest barbarzyństwo. Najpierw trzeba je uzbroić w pazury i to starała się zrobić. Kupowała jej jedzenie i dzięki temu nie chodziła głodna. Przyniosła aplikacje z hotelu, w którym sama pracowała, sprzątała pokoje, ale była dniówka i jeśli nie wyrabiało się z ilością to trzeba było dłużej pracować, aż się skończy. Wydawało się to dziwne, ale umowa o pracę i stałe pieniądze, które uczciwie wypłacano co dwa tygodnie, to ważne w życiu w obecnym czasie.
Magda opowiadała jej, że trzy dni w Anglii pracowała za  darmo. Miała sprzątać dyskotekę i sprzątała, a potem stwierdzono, że nie ma Insurance number( nip i pesel w jednym) i nie zatrudnią jej. Powiedział to Polak, który szukał ludzi do pracy. - Nie martw się złotko, podam twoje godziny i ci wszystko wypłacą. Godzin nie podał i było po pieniądzach. Posprzątanie czternastu pokoi i łazienek, a niektóre miały wannę i prysznic. Do tego wszystkiego zmiana pościeli wymiaru king size (duży rozmiar), odkurzanie, polerowanie wszystkiego. Dołożyć kosmetyki, ciasteczka, herbaty i złożone pięknie ręczniki w ilości 5 sztuk. Pomyć kubki, kieliszki, szklanki. Nieraz zdarzały się dodatkowe czynności, zasłanie sofy, bo więcej gości miało być w pokoju, to był dla niej nie lada wyczyn. Jeden pokój i łazienka w czasie 30 minut. W hotelu było sporo Polek, bo łatwo było w nim o prace, wystarczyło dać radę. Postanowiła spróbować, od czegoś trzeba zacząć.

Lubiła starocie, to takie nieładne określenie historii. Kochała zapach minionego czasu. Czyjeś kroki, ręce, spojrzenie, a szczególnie myśli. Ciekawe rzeczy i przedmioty odnajdywała na Portobello. Chciałaby pokazać tę uliczkę swojej rodzinie. Tyle cudowności zgromadzonych w jednym miejscu. Można znaleźć wszystko, tajemnicze obrazy, porcelanę z dawnych czasów i biżuterie ze szlachetnymi kamieniami. Nie jakieś szkiełka wytwarzane sztuczne tylko prawdziwe wydobyte. Takie mają inny odcień i blask. Lubiła się włóczyć między straganami i przyglądać się wyłożonym przedmiotom. To był jej świat, zapomniany pokryty patyną, tylko nieliczni potrafili go docenić.

Jazda autobusem przebiegła dosyć sprawnie i po drodze nie było już niespodzianek.

Szybko znalazła się w budynku i przeszła do damskiej przebieralni. Wskoczyła w uniform, który przypominał strój dawnej pokojówki. Czarna sukienka z białymi lamówkami i biały fartuszek z koronkową falbanką. Rozejrzała się po pomieszczeniu, bo chciała porozmawiać z Ulą, kobietą już niemłodą, ale wiek u niej trudny był do określenia. Ula przyjechała tu, bo w Polsce nie miała pracy, a długi zostawił jej mąż. Niezły drań był z niego. Kobieta miała z nim krzyż i mękę pańską. Całe życie znęcał się nad nią, bił, kiedy miał zły nastrój, a potem przepraszał i obsypywał prezentami. Takie zachowanie wytrąca człowieka z równowagi, nie wiadomo co zrobić. Zostawić chama czy żyć z nim dla dzieci. Ula miała dwoje, które były jej. On pierwsze chciał, żeby usunęła, bo uważał, że jest za młody na ojca. Pobił ją, kiedy powiedziała, że urodzi. Z drugiego niby się cieszył, ale bardziej udawał niż była to prawdziwa radość. Wreszcie się rozwiodła, bo już inaczej nie można było postąpić. Zrobił dziecko drugiej, a ona wtedy walczyła o życie, była chora na raka. Po rozwodzie została z długami, które nie spłacił, a był i jej podpis, bo była wtedy jego żoną, przepadł i nie miała zamiaru go szukać.

- Hej Ulka- weszła do pomieszczenia ze stosem ręczników do twarzy.

- Gabrysiu, trochę później dzisiaj przyszłaś- stwierdziła.

- Metro stanęło i musiałam przesiąść się do autobusu- wytłumaczyła.

- Rano nie było problemu, ale ja jadę wcześniej od Ciebie. District Line często staję, lepiej jeździć centralką.

-Tak, ale czerwona linia mi nie pasuję, bo w moim rejonie jest tylko zielona.

-Już dawno mówiłam ci, żebyś zmieniła pokój, bo masz ładny kawał drogi, a po co się męczyć.

-To prawda, ale mam duży za małe pieniądze, a będę mieć lepsze połączenie, ale klitkę wielkości garderoby.

Ula poszła odłożyć poskładane ręczniki. Były już listy pokoi, zaczynała się praca tak jak codziennie. Pokoje zajęte i opuszczone, równo czternaście, a nieraz o jeden więcej, jeśli ktoś zadzwonił i powiedział, że jest chory. Z dnia na dzień sprzątanie wychodziło jej coraz lepiej, szybciej, a czas miał znaczenie, bo czekali goście.

Bardzo cieszyła się w tym tygodniu, dzień wolny przypadł jej w sobotę. W hotelu pracuję się sześć dni w tygodniu i jest tylko jeden dzień wolny. Nie zawsze przypada w weekend. Jej przypadł w sobotę. Chciała skakać, podskakiwać i krzyczeć z radości. Będzie mogła pojechać na Portobello, może kupi coś ciekawego. Do końca tygodnia nic się nie wydarzyło i czekała na wolny dzień. W sobotę obudziła się wcześnie rano, bo nie można jeździć zbyt późno, nic interesującego już nie będzie. Pojechała metrem dotarła do stacji Notting Hill Gate i kawałek doszła pieszo. Jak zawsze spory ruch i trudno przeciskać się między straganami. Przy jednym stała interesująca kobieta, miała swoje lata, ale przyciągała ja swoją oryginalnością i uśmiechem, kolorowymi dredami i żakietem przypominającym mundur armii napoleońskiej. Na straganie miała ciekawą biżuterię, a wszystko za pięć funtów. Wybrała broszkę z żółtą różą i duże korale.

Przyglądała się wystawionym różnościom. W pewnej chwili dostrzegła obraz, był dziwny. Przerażał ją i przyciągał.

- Jak można coś takiego namalować?-pomyślała. Pośmiertne obrazy były modne w baroku i malowano je na cynie. Przedstawiały zmarłego za życia, a tylko kształtem pasowały do przodu trumny, bo tak je wystawiano. Prababka w czasie późniejszym miała zdjęcie swojej córki. To było straszne zdjęcie. Mała dziewczynka o dużych oczodołach. Oczy były wymęczone chorobą, a przez to na zdjęciu było widać wgłębienia przykryte cienką warstwą powiek. Po śmierci prababci zdjęcie spalono, nikt nie chciał przechowywać takiego nieszczęścia, a teraz ten obraz. Kobieta przypominała ją samą, jakby widziała swoją siostrę bliźniaczkę. Ten sam zarys szczęki, nos i włosy. Nie mogła zrozumieć co się stało. Kobieta leżała w trumnie a nad nią było szklane wieko.

- Po co taka dziwna trumna? Nie można było pochować jej inaczej?- wiele myśli przebiegło przez mózg jak atak. Zapytała o cenę obrazu, bo chciała go kupić.

W tym obrazie musi być ukryta zagadka, to nie jest zwykły obraz-pomyślała.

Nie jest zbyt drogi-odpowiedział sprzedawca- Nikt nie chce go kupić przez to, że jest inny. Proszę zobaczyć to nie jest kopia, chociaż nie ma podpisu, to widać, że malowany był ręcznie.

Cena jej nie wystraszyła i zapakowany zabrała do domu.





Obraz włożyła do szuflady biurka -Przyjrzy mu się jutro-pomyślała. Późne popołudnie oznaczało, że kończy się wolny dzień, a jeszcze chciała ćwiczyć. Z wyglądem miała problem, nie była brzydka, ale nie zaliczała się do tych piękniejszych. Najtrudniej być nijakim i to jej się przytrafiło. Twarz ani ładna, ani brzydka miała smutny wyraz i tylko, kiedy się uśmiechała to wyglądała interesująco. Jak chodzić z uśmiechem przyklejonym do twarzy? Jest to niemożliwe i nieodpowiednie do wielu sytuacji. Edyta, z którą bardzo się polubiła opowiadała jej, że często kobiety studiują twarz w lustrze, żeby wybrać atrakcyjny wyraz i potem z takim grymasem chodzą wśród znajomych lub w towarzystwie. Jakie to musi być męczące, cały dzień pilnować wymyślonej stylizacji mięśni, bo to one napinają skórę i decydują o tym co chcemy przekazać. Przypomniała sobie o wycieczce w góry i przewodniku.
- Co jesteś taka smutna, jak po jakieś tragedii- stwierdził.
Myślała, że go zwyczajnie zdzieli przez ten głupi łeb, bo nawet jeśli tak było to, po co się wtrąca nie znając człowieka, ale nasza ciekawość nie daję za wygraną. Pożywka, która utwierdza niektórych, że mają lepiej i to podnosi adrenalinę. Jestem lepsza, bo mam inne życie, nie przytrafiły mi się nieszczęścia. Mądrzejsza, bo nie muszę tak harować. Ładniejsza,widzisz jak faceci mnie zaczepiają i nie mogę odpędzić ich od siebie, a ty co sama jak kołek w płocie. Uśmiechnij się bądź milsza, to i tobie ktoś się przytrafi. To słyszała parę razy i zakwalifikowała to niepotrzebnych rad. Zna siebie i modelowa nie jest, ale przymilać się nie musi, zawsze uważała, że dla każdego jest ktoś i w odpowiedniej chwili się pojawi. Pracowała nad figurą, bo za to sama jest odpowiedzialna. Była wysoka i utrzymanie wiotkiego kształtu nie było trudne. Lubiła długie zwiewne spódnice, szerokie spodnie, które podkreślały budowę ciała. Dziewczyno-zaczęła się poganiać. Dalej do ćwiczeń, które kiedyś ustaliła przyjaciółka będąca trenerka w fitness klubie. Po tym zestawie jej ciało nabrało spężystości z czego była bardzo dumna. Przebrała się w strój do ćwiczeń i intensywne pół godziny, aż pot spływał po plecach znacząc słone ścieżki. Po stanęła przy oknie wychodzących na ogród, rósł tam piękny klon, który o tej porze roku nabierał złotych i czerwonych odcieni. Liście zaczynały spadać i kolorowe plamy zdobiły trawnik. Piękna ozdoba o tej porze roku. W Polsce rozkwitają chryzantemy, wrzosowe, białe, złote. Tu też i nawet można kupić za jednego funta. W sklepiku, do którego wszyscy oddawali nie chciane już przedmioty znalazła piękny wazon, lubiła takie miejsca, obfitowały w ciekawe znaleziska. Nie kupowała ich dużo, musiały mieć to coś, co ją przyciągało. Takie rzeczy nie mają duszy, ale jej wydawało się, że jeśli zrobione były ręcznie to jakiś fragment artysty przedostał się do ich wnętrza, materiału, z którego były zrobione i widać było to na pierwszy rzut oka. Dzieło z duszą. Obraz muszę dokładniej mu się przyjrzeć. Wpatrywała się w klon, szeleścił złocącymi się liśćmi, spadały w rytm zawirowań, które wiatr roztaczał, jakby chciał oberwać wszystkie naraz. Narastała ciemność, która zaczynała wszystko przykrywać. Wydawało jej się, że ktoś stoi przy drzewie, delikatny zarys kobiety, a może to złudzenie. Wiedziała, że wpatrując się długo w rózne kształty możemy tworzyć obrazy, sytuacje, ożywają, bo tak działa wyobraźnia. Złudzenie, pomyślała i zaczęła być zła na siebie. Jak można mieć takie myśli. To nie jest jej potrzebne, a szczególnie wiara w możliwość porozumiewania się z kimś, kogo już od dawna nie ma. Lepiej, rozmarzyła się przypominając sobie słowa Uli, mieć takie chwile jak ona. Kiedyś opowiedziała jej o swoim pierwszym kochaniu i kiedy  to się stało. Obóz harcerski, dyskoteka i piosenka, której nie zapomni do końca życia. Prowadził muzykę był taki przystojny, długie kręcone włosy i oczy wszystkich dziewczyn w lepione w niego jak w obraz. Płynie muzyka, wszyscy zaczynają tańczyć podchodzi do niej. Gdybym miała takie chwile, to nie musiałabym mieć innych. zamknęła oczy wyobrażając sobie siebie na miejscu Uli. Z tego stanu wyrwał ją hałas wydobywający się z pokoju pod nią. Kłócili się tak, że nie można było nie słyszeć, on wyszedł, a ona przekręciła klucz w drzwiach. Za chwilę wrócił, nie miał klucza , bo zaczął tak walić w drewno, że zrobił się rumor na korytarzu, zbudzeni domownicy podnieśli alarm. Nie zeszła, nie było sensu, nie potrafi im pomóc, muszą sami się porozumieć i wybrać stronę, ze sobą lub bez siebie. A jak to było z obrazem, kto to namalował, ktoś, kto tak bardzo kochał czy nienawidził?



cdn:)


No comments:

Post a Comment