Starsze bajki i z pamiętnika:)









Coś z tych nie uskrzydlonych

Aniele Boże stróżu mój…

pojawia się to co dobrze zna. brzegi jeziora Assal,
opłakane prze takich jak ona. kolejna próba
 przedostania się do innego wymiaru nieudana.
tęskni- tam czas nie dociera, nareszcie jest się
 bezpiecznym- nie dla niej.

 musi poskładać pojawiające się fragmenty pamięci.
  wyjąć te, które teraz będą potrzebne -nie, nie te!
 zostaw poranki pachnące latem. czy z niebem pod
 którym się kochałaś po raz pierwszy. szept przy uchu,
 dłonie błądzące po uwypukleniach ciała.

wie, że musi dotrzeć tam, gdzie uciekała. zawsze
 uciekała przed bólem. lawirując między jednym
 uśmiechem, a drugim. to będzie nie jej, tylko
 ten spotkany. musi nauczyć się skali- innej niż
 stosowana. temperatura wewnątrz to jest klucz.

nie jest zła ,tak jak inni, bo jest więcej podobnych.
 mała grupa dostaje się za pierwszym razem. dobrze
 mieć taką świadomość i pocieszać się tym.
omijamy nie widząc co będzie potrzebne po śmierci.
teraz wie, że to nie jest proste, bo jak zmusić siebie
do przykrego doznawania i jeszcze się cieszyć.

wargi układają się w  miły sposób. widzi barwny
 stragan, podchodzi- przecież znowu jest dzieckiem.
 kolorowe anioły z masy solnej. migają przyklejonym
 brokatem. bunt wewnątrz- wcale tak nie wyglądamy.
to bzdura z tym uskrzydleniem. mania przydzielania
sobie świętości. jeszcze nie wiecie, że to kara , dawana
samym sobie za głupotę przedtem.

światło czeka zawsze takie samo, tylko my nieraz
mamy nie pasującą temperaturę. już to wie,


po raz kolejny spróbuje rozpoznawać ciepło.

Dobranośnie

Sartos nie wiedział jak powstał i z czego, chyba
był pierwszy. nosił w sobie wiele planet. nie
były martwe, krążyły drapiąc jego powierzchnie.
najbardziej lubił tą, gdzie byli ludzie, a zwłaszcza
kobiety. przyglądał się jak spały tuląc policzek
do wybranego torsu.

zazdrościł ciał i dotyku. one wyglądały pięknie,
na nagiej skórze krople wody, albo poblask
metalicznego światła .obserwował przenikając
nawet najgrubsze kotary. mógł patrzeć. podziwiał
i nikt tego nie dostrzegał.

dzień to nie była jego pora.za ruchliwa i szybka.
był romantykiem, lubił wewnętrzną stronę
tajemnicy, a ona była widoczna tylko wtedy,
gdy chował słońce i otwierał gwiazdy .wyobrażał
sobie jak podchodzi do Lei- dziewczyny z kraju
lotosów. ściemniało się, tańczyła unosząc
biodra, obracała się wewnątrz łuny, którą zsyłał
jak kwiat dawany w prezencie.

lubił to światło i czuł, że nie jest sam.
słyszał słowa, które chciała wypowiedzieć.
zaczęły się godziny trudne do zdefiniowania.
żałował tylko, że nie może jej dotknąć , poczuć
jak gorące może być ciało. aż do chwili, kiedy
zwinął skrzydła i został ptakiem tylko jej.
teraz mógł przysiąść na ramieniu Lei, był bliżej.

Baśń Sylwestrowa

jest tylko jedna noc zwracająca  młodość. właśnie
 przypomniałam sobie popijając małą czarną.
zerknęłam przez okno. nie wybieram się na bal,
 bo po ostatnim upadku sine limo psuje efekt .
 nie pomoże diamentowa kolia -której nie mam.

drzewa mają duszę tak mi się wydaje. zwłaszcza
kiedy czerń zamyka zmierzch. stukają do szyby
konarami, gdy tylko chcemy mieć przy sobie kogoś.
dąb stoi w miejscu od wielu lat. nie pamiętam jak
wyglądał w młodości,  myślę, że teraz jest ładniejszy.
 rozrośnięty zwłaszcza za dnia. potężny- jak rycerz,
 który mnie chroni. wiem, że jest mój i taki pozostanie.

przypomniałam sobie bajki,  bardzo je lubiłam,
 a szczególnie te, gdzie biła dwunasta. cicha pora
 z ukrycia potrafi zaatakować wyobraźnię , a może
 mamy w sobie parę razy siebie i nawet nie wiemy
 co potrafi nasze życie wykrzesać z tajemnicy.

niezwykłe światło zaczęło płynąć pod jego korą,
 albo to złudzenie optyczne od oświetlenia –
rozwiesiłam przed  świętami, ale on zaczyna się poruszać,
 nie ma znanych kształtów. jest tak samo żywy jak ja.
 potrafi mnie poprowadzić wyszukując nowe zakamarki czasu.

w płynnym aksamicie hebanowo- szlachetnym ,
złote cienie rozświetlają ogromną salę.  stanął i wiem,
że się uśmiecha,  patrzę na  niego. nagle zatracamy kształty
 rozpływamy się w barwach ,  wirujemy wokół gwiazd.
jest przy mnie , pokazuje najstarszy taniec świata .
muzyką jesteśmy sami, nie potrzebujemy nic więcej.




 Letnia kraina z dreszczykiem

       Zbudził ją szum , nie był zwyczajny. Napór czegoś poza nią – tak pomyślała, nie widząc dokładnie co się z nią dzieje.
Ostatni obraz…jaki był ? – dudniło w głowie.  Myśli pędziły, ale nie mogła ich doścignąć.
Lepka ciemność dookoła-tak myślała o miejscu. Nie wiedziała gdzie jest. Nie wygodnie tyle docierało. W tej chwili coś uwierało, męczyło jakby pęczniała nie zdając sobie sprawy z
 Sytuacji.  Nie wytrzyma tego! To nie mija- pomyślała, starając sobie przypomnieć wydarzenie przed czarną dziurą, która teraz zasłaniała poprzednie myśli..
       Przed oczami ukazała się dolina, była piękna. Złote kwiaty ze zwiewnymi płatkami. Soczysta zieleń  otaczała małe jeziorko. Było niezwykłe. Woda zdawała się lśnić szmaragdowymi odcieniem. Niebieskie kamienie pokrywały dno, pomiędzy kamieniami prześlizgiwały się żółte węże. Nie były groźne- pamiętała, że nigdy się ich nie bała. Często obserwowała jak rozpościerały skrzydła. Wielkie przezroczyste błony, które w promieniach słońca iskrzyły tęczową barwą. Wzbijały się potem wysoko. Unosiły w kierunku zachodzącego słońca i znikały. Nigdy nie wiedziała co się  z nimi  dzieje. Następnym rankiem widziała je pod taflą wody. Znowu wiły się i przemieszczały pomiędzy kamieniami.
Co dalej? co pamięta o sobie?- właśnie tego nie mogła sobie przypomnieć.
Już wie!- radośnie uśmiechnęła się do siebie. Ker!-  pamięta złotą postać,  oczy podobne do bursztynów. To on przychodził, kiedy słońce wyznaczało najkrótsze  ślady. Spotkała go wtedy, kiedy bawiła się z wężami. Siedziała na kamieniu, który wystawał z wody. Stopą starła się dotykać żółte ciała. Zabawnie zwijały się wokół kostki. Śliskie i chłodne- przyjemnie uczucie myślała , W słonecznym skwarze dawały chłód i atłas chłodzący stopy. Lubiła te zabawy i słoneczne światło , które spływało po ciele. Rozgrzewało, rozpalało zmysły…aż do stóp, które chłodziły odczuwanie. Zamykała oczy, pod powiekami jaśniały drobne iskry- zabawnie przesuwały się tworząc kształty. Mogła patrzeć na słońce. Wyobrażać sobie istoty, które mogły tam mieszkać. Wielkie ptaki siedzące na ognistych gałęziach. Musiały mieć barwę pomarańczy, ze złoceniami przy brzegach piór. Nie! To byłoby nudne. Wszystkie takie same. Piękne! Powinny być piękne. Wystawiała twarz napinając szyje. Coraz bliżej słońca i tych ptaków, które jeszcze nie potrafiła opisać.
      Nie zdążyła wyczarować ich znowu, bo poczuła na sobie spojrzenie. Powoli otwierała oczy . Nie chciała wystraszyć marzenia- chciała żeby było fascynujące. Żadna maszkara, to musiał być  ptak, który zachwyciłby swoją barwą i śpiewem.
        - Jesteś śliczna- usłyszała głos. Potrafiła zrozumieć słowa.
-Tak myślisz- odpowiedziała kokieteryjnie.
Nachylił się nad nią, poczuła  usta.- złote i cieple. W tej chwili pieściły cienką błonkę jej warg. Smakowały… zostawiając blask słonecznego ciepła.
-Kim jesteś?- zapytała odrywając się od niego.
-  Ker, powiedział i znikł. Rozpłynął się w świetle przypominającym wyładowania elektryczne. Jak uderzenie błyskawicy. Pojawiło się  bez udziału burzy.
       Przychodziła teraz codziennie . Wiedziała, że jeśli zamknie oczy, o tej samej godzinie co wtedy on przyjdzie. Dotknie jej  i przez krótką chwilę będą razem. Był punktualny jak czas, który nigdy się nie spóźnia
     Po tych pocałunkach czuła się rozpalona, ale też osłabiona. Nie wiedziała dlaczego tak słabnie- może to na skutek emocji. Tak wspaniale całował. Czuła ich intensywność. Nieraz ciało drżało delikatnie.
     Zaczęła zdawać sobie sprawę co się stało. Oszukał! Przez niego tu tkwi! Była mu potrzebna do czegoś.  Przypomniała sobie… ten ostatni! Już nie był przyjemny poczuła wtedy ból. Mocno całował , ale jednocześnie wchodził do jej wnętrza. Czuła jak coś się wślizguje do środka. Zaczynało brakować jej oddechu. Chciała go odepchnąć, ale nie mogła – byli złączeni pocałunkiem. Nagle mocy uścisk  serca. Pomyślała że umiera- nie to on. Dusił je i miażdżył- widziała jego oczy. Miły krwawe iskry i rozkosz. Jemu sprawiało to przyjemność. Smakował jej krew i zostawiał coś wewnątrz. Robił to jęzorem…tak to był długi obślizgły język, przypominający węża.
    Zemdlała. Nie pamięta co zrobił potem…co on jej zrobił?
Mrok zaczął się przejaśniać -zaczynała dostrzegać. Mogła nawet się rozejrzeć. Powoli zaczynała widzieć. Oczy były zalane wodą. Cała była pod wodą. Szmaragdowa toń jeziora! Ona jest w jeziorze, pod powierzchnią. Ile czasu tu jest- zaczęła się bać. Bez powietrza będzie żyć tylko parę minut. Udusi się jeśli nie zacznie się ratować i nie wypłynie. Chciała uciec, przecież może  wyjść z zasadzki.  Ręce i nogi- one wyniosą ją na powierzchnie. Nie mogła nimi poruszyć. Coś zabraniało.
     Światło zaczęło niszczyć ciemności. Jeszcze chwila i dowie się co się stało.  
 Spojrzała na ręce i nogi. Przerażenie przeszyło jej myśli. Nie!…zaczęła głośno krzyczeć, ale woda wpływała do wnętrza ust. Zalewała płuca.  Ręce były przewiązane sznurami. Nogi przymocowane do pala, który wbito w dno. Ciało nie było już jej ciałem,. Całe poranione z szarpanymi ranami. Z otworu, który znajdował się w brzuchu wysunął się żółty wąż. Nie był tak łagodny, jak te ze skrzydłami. On ją pożerał. Wbijał ostre zęby w ciało. Teraz wie, dlaczego słabła i co Ker zostawiał jej wewnątrz. Był ich władcą – jednym z nich. Tak się przeobrażają- muszą wykształcić skrzydła. Potrzebowały ludzkiego mięsa. On zdobywał pożywienie dla swoich pupilów. Kobiety, bo je łatwo zauroczyć, nabrać zalotnością i uczuciami.
   Z innych otworów zaczęły wypełzać pozostałe . Z groty obok wypłynął Ker. Z przyjemnością przyglądał się jak dojadają resztki jej ciała.


Wigilijna przypowiastka

anioły to takie stworzenia co milczą

tatku dlaczego zwierzęta nie mówią?
no, nie wiem
ale może dzisiaj  przy kołysce małego
kiedy gwiazda zajrzy do serc
i zrobi porządek

tak jak my dzisiaj?
trochę inaczej chociaż podobnie
jeszcze zamieść izbę
weź tylko te wstążeczki i równo pozawieszaj
na snopku, który zostawiłem w sieni

szuru, szuru słyszałeś Baltazarze?
czego się ludziom zachciewa
szuru, szuru ja zwykła mysz, a nie chcę się
do nich  odzywać
widziałeś jak ten mały w maju rozrywał żabę
a potem wpakował do pudełka i podpalił
od małego uczą się zacierać ślady
 ja widziałem żuki zbierane do puszki
lepszy był ich sąsiad- stary chłop
żal mu nie było Saby, takie miała śliczne szczeniaczki
wykopał dół, potem je poprzetrącał łopatą

ciii Domisiu bo usłyszą
spójrz kupili różowy opłatek na zgodę
banalni są za tym swoim horyzontem
my nie mówimy, a oni nie potrafią widzieć
ciii dwunasta
 idą
milczymy dalej – jak myślisz?
Baltazarze ciszą tworzymy słowa





Za zimowym oknem

jeden z takich wieczorów, gdzie spadający
śnieg zakrywa widoczność .skrzą się wtedy
godziny .puchata biel przysiada, stado istot
nieznanego pochodzenia. szklana warstewka
zamiast skóry, a  wewnątrz lodowe ziarenko.
dźwięczy przy każdym podmuchu, śpiewają
dla nas czystymi głosami, jakby chciały
przerwać mroźną ciszę.

spadające płatki i grafitowa czerń otulały
postacie, spiesznie podążające w kierunku
leśnego domu. ciepły pokój z ogniem
gwarzącym na dębowych polanach, sosnowy
stół i lniany obrus, czekał na nich. coroczna
kolacja wydawana o tej samej porze. czterech
wędrowców zasiadło do przygotowanego
posiłku. przychodzili z daleka, ich zadaniem
było zbieranie historii. przenoszenie  potem
do wymiaru baśni. to obszar równolegle leżący
obok rzeczywistego. czas, który towarzyszył
wszystkim żyjącym, a nawet tym co są tylko
kamieniami lub przedmiotami.

tworzą opowiadania łapane przez nich.
po latach w nowym wymiarze zmieniają się
nabierają fantazyjnej mocy. o to chodzi! to
jest broń przeciwko złej stronie ,którą musimy
nosić mając siebie. tajemna  walka z druga stroną
 natury. zamieć zaczynała cichnąć, stare księgi
uzupełnione –można podać dalej. najstarszy wilk
siada na pobliskim pagórku, patrzy w kierunku
pełni. otwiera się przejście.


Przytup pod lipą

a w duszy gwarno jeszcze sierpniowo
skończone żniwa  pachnące słońcem
lniana koszula wisi na płocie
obok gliniany dzbanek
podchodzi młoda jeszcze gospodyni
zabiera dzbanek
wleje aż po brzegi złoty napój
co go tak lubi gospodarz z wąsem

podłogę drewnianą
 mężczyźni w sadzie u wójta
składają  od samego rana
kręcą się osy obok tych śliwek
co to jesieni czekają
krowy puszczone dzisiaj samopas
 jabłonki zaczepiają

ale nie ważne dzisiaj nocą oj dana moja dana
 Antoni skrzypek dość znany w okolicy
 już stroi struny
zabiera smyczek i powózką hi hi hi w drogę
 stroje wyjęte z kufra
oj dana dana moja dana


 gdy wieczór szarobury znużony trochę
zbierają się pod lipowym dachem oj dana moja dana
 tańczą pary i przytupują
 panowie dziarsko, panie z gracją
 zwrot
 teraz pójdziemy na jednego oj dana moja dana

a tu tak po cichu żeby nikt nie widział
odchodzi Stasio razem z Amelką
tak kusi księżyc trza go podziwiać
albo?
ale grajek dowcipny jest bardzo
idzie za nimi przygrywając  piosenką
skrwawione serce pęknięte na pół
 nagle  bęc na krowich plackach poślizgnął się głupi
złamał  smyczek, a znikająca para musiała wrócić

Oj dana moja dana muzyko kochana

To samo jeszcze raz

takie mamy miejsca na ziemi
małe zdeptane od codzienności
ale pachną pachną nami

takie mamy miejsca na ziemi
może rozpadają się od starości
a w nich ja z warkoczykami

takie mamy miejsca na ziemi
jedyne i niepowtarzalne
gdzie spacerując po
zaoranym gruncie
gonimy za kolorową piłką




Z kroniki wypadków

to było najpiękniejsze pożegnanie
jeśli tak wolno nazwać odczuwanie
porzucone w  pokoju  staruszka

ze ścian zsuwała się rozegrana cisza
zostawiony oddech dotykający
fotografii rodziny, albo zegara ściennego
wskazówki  i spojrzenie

 substytuty podawane codziennie
zaczęły ciążyć jak  ciało układane
 na powierzchni łóżka
 karta chorobowa dopełniona
wybrać śmierć, uwolnić

dalej słychać szmer
od ubranego drzewka do prezentów
zostawionych dla bliskich
 słowo przepraszam wplecione
 w ostatnią świerkową gałązkę


Baśniowe senne słowa

dziewczęta w zwiewnych sukienkach
nachylają się nad taflą
długie rzęsy spadają do wody

szmaragdowo płynne marzenia
zasieją wśród wodorostów
ich spojrzenia

i dany im krok migotliwy
dźwięk wśród fal szemrzący

na plaży śpiącej
ze śnieżnymi krańcami
koronkowy ślad palców

jak biała lilia kołysząca słońce
na przezroczystych ścianach


No comments:

Post a Comment