niedziela, 29 marca 2026
„Mój kot, który był światłem”
piątek, 27 marca 2026
W Śniącym świecie
🌊 Narodziny przejścia
Cynthia zaczęła czuć ciężar.
Nie był nagły.
Pojawiał się powoli —
jakby coś delikatnie
ją zagęszczało.
Jej płynna przestrzeń
przestawała być nieskończona.
Zamiast tego
pojawiło się…
ograniczenie.
Pierwsze.
Nie rozumiała tego.
Dotąd była wszystkim —
rozproszona, spokojna, bezkresna.
Teraz coś zaczynało ją skupiać.
Zamykać.
W jednym miejscu.
Kolor się zmienił.
Szmaragd nie zniknął —
ale stał się głębszy.
Cięższy.
Pojawiło się światło.
Nie z zewnątrz.
Z wnętrza.
I wtedy
znowu usłyszała głos.
Tym razem bliżej.
— To początek.
Czuła ruch.
Nie taki jak wcześniej —
swobodny, bezkierunkowy.
Ten miał kierunek.
W dół.
Albo w głąb.
Nie wiedziała.
Ale nie mogła się zatrzymać.
W tym samym czasie,
w świecie, którego jeszcze nie znała—
Raf zamarł.
Bea poruszyła się niespokojnie.
— Czujesz to? —
przesłała obrazem.
Tak.
To nie było z ziemi.
Nie było też z powierzchni.
To było…
pomiędzy.
Ziemia pod nimi drgnęła.
Delikatnie.
Jakby coś bardzo małego,
ale niezwykle silnego,
próbowało się przez nią przedostać.
Raf zbliżył się.
Ostrożnie.
Po raz pierwszy
nie z ciekawości.
Z potrzeby.
I wtedy zobaczył.
Nie oczami.
Czymś innym.
Światło.
Ale nie takie jak na powierzchni.
To było światło, które…
czuło.
Cynthia.
Nie znał jej imienia.
Ale poczuł ją.
Zatrzymał się.
Nie wiedział dlaczego,
ale zrozumiał jedną rzecz:
To, co nadchodziło—
nie należało
do żadnego z ich światów.
Bea cofnęła się lekko.
— To nie jest bezpieczne —
przekazała.
Ale Raf nie odpowiedział.
Po raz pierwszy…
nie chciał się cofnąć.
Cynthia opadała.
A może się rodziła.
I wtedy
wszystko na moment ucichło.
Jakby świat
wstrzymał oddech.
wtorek, 24 marca 2026
Przejście
„Wśród róż – opowieść o tym, co trwa”
Nie dlatego, że musi —
ale dlatego, że chce być zauważone.
Wtedy wszystko staje się delikatniejsze.
Światło osiada miękko na ramionach,
tkaniny zaczynają opowiadać swoją historię,
a cisza przestaje być pustką —
staje się przestrzenią.
Dziś stoję wśród róż.
Nie tych idealnych z katalogu,
ale tych prawdziwych —
lekko niedoskonałych,
jak wspomnienia.
Każda z nich mogłaby coś powiedzieć.
O dłoniach, które je pielęgnowały.
O ogrodach, które już nie istnieją.
O kobietach, które kiedyś, tak jak ja,
stały spokojnie, nie spiesząc się donikąd.
I nagle rozumiem —
że piękno nie potrzebuje pośpiechu.
Moja sukienka, mój żakiet,
ta torba, która ma ślady czasu —
to nie są tylko rzeczy.
To fragmenty opowieści,
które przetrwały.
Nie błyszczą.
Nie wołają o uwagę.
Ale trwają.
Uczę się tego każdego dnia —
że prawdziwe piękno jest ciche.
Że nie musi być nowe,
żeby było żywe.
Wystarczy, że ma duszę.
Może właśnie dlatego
coraz bardziej wybieram to, co zostaje —
zamiast tego, co tylko na chwilę zachwyca.
Bo życie nie składa się z wielkich wydarzeń.
Składa się z takich chwil jak ta.
Z oddechu.
Ze światła.
Z obecności.
I z róż, które rosną spokojnie,
nie wiedząc, że są piękne.
Atelier Słonecznej Jolanty
— dom dla odnalezionego piękna 🌹
niedziela, 22 marca 2026
Sukienka przemiany
piątek, 20 marca 2026
W śniącym świecie
Wprowadzenie
Poni żyli wewnątrz ziemi.
Pomiędzy grudkami znajdowali przestrzeń —
niewielką, lecz wystarczającą, by istnieć.
Dla jednego było jej mało.
Ale w ruchu — w przemieszczaniu się — odnajdywali więcej.
Nie znali zimna ani gorąca.
Ich ciepło pochodziło z wnętrza —
choć nie mieli ciał w ludzkim znaczeniu.
Rodzili się razem.
Jedni w drugich.
Samotność nie była im dana.
Można by uznać takie życie za ograniczone —
być na zawsze związanym z tym samym istnieniem.
Ale oni nie znali nudy.
Przyjaźń była stała.
Miłość — przekazywana obrazem.
Śnili.
I uśmiechali się we śnie.
Ich oczy — przyzwyczajone do ciemności —
nie szukały form innych niż te,
które tworzyła wyobraźnia.
Tylko czasem myśl wybiegała dalej.
Poza to, co znane.
W życiu — nawet tym ukrytym pod ziemią —
rządzi przypadek.
Raf, bo takie imię wybrał dla siebie,
natrafił na coś, co zatrzymało go w miejscu.
Nie rozumiał tego.
Ale czuł — ciężar, smutek.
To były kości.
Zbyt obce, by je zignorować.
Zbyt obecne, by je pojąć.
Poczuł impuls.
Ruch ku nieznanemu.
Podążył.
Wyżej.
I jeszcze wyżej.
Aż dotarł do cienkiej, niemal przezroczystej warstwy.
Tam wszystko było inne.
Unosiło go coś, czego nie znał.
Oczy zaczęły szczypać.
Światło — nawet to przytłumione —
było nowe, ostre.
Na szczęście niebo było zasnute chmurami.
Ostrożnie wysunął fragment siebie ponad powierzchnię.
Nie musiał się bać.
Był zbyt mały, by ktoś go zobaczył.
Dla siebie — duży.
Dla świata — niewidzialny.
To miejsce było inne.
Cisza miała tu inny ciężar.
Kolory układały się na miękkich wybrzuszeniach ziemi.
A między nimi — krzyże.
Drzewa poruszały się cicho,
szumiąc w sposób, którego nie rozumiał,
ale który czuł.
Pomyślał:
To piękne.
I zupełnie obce.
Wracał.
Dzień po dniu.
Coraz bardziej przekonany,
że to miejsce coś pamięta.
Pewnego dnia zobaczył ją.
Postać.
Dużą — jak na jego miarę, niemal niepojętą.
Jasne włosy opadały miękko,
falując przy skroniach.
Oczy — jasne, przezroczyste —
zdawały się patrzeć gdzieś poza.
Bał się.
Ale został.
Siedziała przy krzyżu.
Jej twarz pokrywała ruchoma warstwa —
coś, co wypływało z oczu
i spływało powoli.
Obserwował ją razem z Beą —
swoją drugą częścią.
Nie rozumieli.
Dlaczego tak siedzi?
Dlaczego się zmienia?
Zaczęła mówić.
Cicho.
O smutku.
O stracie.
I wtedy zrozumieli coś,
czego wcześniej nie znali.
Ludzie mogą tracić swoje wnętrze.
Ich miłość…
może przestać istnieć.
Zatrzymali się w tej myśli.
I po raz pierwszy pojawiło się porównanie.
Spojrzeli na siebie.
I pomyśleli:
— My mamy inaczej.
czwartek, 19 marca 2026
Piórko, które zgubiło niebo
Piórko, które zgubiło niebo
Znalazłam dziś piórko.
Leżało na ziemi,
w świetle dnia, który powoli gasł.
Jakby zgubiło niebo.
Albo… zostało tu na chwilę.
Nie było idealne.
Nie było nowe.
A jednak zatrzymało mnie bardziej niż wszystko inne.
Może dlatego,
że przypomniało mi coś ważnego.
Że piękno nie zawsze jest wysoko.
Czasem spada na ziemię,
żebyśmy mogli je zobaczyć.
Dziś mam na sobie rzeczy z drugiego życia.
Bluzkę, która już była czyjąś historią.
Szal, który niesie lekkość.
I to piórko…
które przypomniało mi,
że wszystko ma swój czas, swoje miejsce…
i swoją drogę.
Może nic nie gubi się naprawdę.
Może tylko zmienia swoje niebo.
🌿
środa, 18 marca 2026
Codzienność zakwitła różą
wtorek, 17 marca 2026
Zielony, zielona;)?
Poezja codzienności
Czasem życie nie przychodzi w wielkich wydarzeniach. Przychodzi cicho, w małych rzeczach, w okruchach dnia. Jak kawałek chleba, który nie rzuca się w oczy, a jednak daje siłę.Dziś przyszła do mnie zielona mysz. Niewielka, zwyczajna, a jednak z historią. Może pamięta czyjeś dłonie z lat 50. Może była świadkiem rozmów, których już nie ma. Może widziała chwile, które dla kogoś były całym światem. I to mnie cieszy.Tak jak stara spódnica Jaeger. Miękka, aksamitna, prawdziwa. Nie dlatego cenna, że droga — ale dlatego, że ma jakość, która przetrwała czas.Uczę się patrzeć inaczej. Nie na to, co błyszczy przez chwilę, ale na to, co zostaje. Na momenty, które są prawdziwe. Na rzeczy, które mają duszę.Bo życie składa się właśnie z nich. Z małych okruchów. A kiedy zaczynamy je zauważać, codzienność zamienia się w poezję.Atelier Słonecznej Jolanty — dom dla odnalezionego piękna.



















































