piątek, 20 marca 2026

W śniącym świecie

 








Wprowadzenie

Poni żyli wewnątrz ziemi.

Pomiędzy grudkami znajdowali przestrzeń —

niewielką, lecz wystarczającą, by istnieć.

Dla jednego było jej mało.

Ale w ruchu — w przemieszczaniu się — odnajdywali więcej.

Nie znali zimna ani gorąca.

Ich ciepło pochodziło z wnętrza —

choć nie mieli ciał w ludzkim znaczeniu.

Rodzili się razem.

Jedni w drugich.

Samotność nie była im dana.

Można by uznać takie życie za ograniczone —

być na zawsze związanym z tym samym istnieniem.

Ale oni nie znali nudy.

Przyjaźń była stała.

Miłość — przekazywana obrazem.

Śnili.

I uśmiechali się we śnie.

Ich oczy — przyzwyczajone do ciemności —

nie szukały form innych niż te,

które tworzyła wyobraźnia.

Tylko czasem myśl wybiegała dalej.

Poza to, co znane.

W życiu — nawet tym ukrytym pod ziemią —

rządzi przypadek.

Raf, bo takie imię wybrał dla siebie,

natrafił na coś, co zatrzymało go w miejscu.

Nie rozumiał tego.

Ale czuł — ciężar, smutek.

To były kości.

Zbyt obce, by je zignorować.

Zbyt obecne, by je pojąć.

Poczuł impuls.

Ruch ku nieznanemu.

Podążył.

Wyżej.

I jeszcze wyżej.

Aż dotarł do cienkiej, niemal przezroczystej warstwy.

Tam wszystko było inne.

Unosiło go coś, czego nie znał.

Oczy zaczęły szczypać.

Światło — nawet to przytłumione —

było nowe, ostre.

Na szczęście niebo było zasnute chmurami.

Ostrożnie wysunął fragment siebie ponad powierzchnię.

Nie musiał się bać.

Był zbyt mały, by ktoś go zobaczył.

Dla siebie — duży.

Dla świata — niewidzialny.

To miejsce było inne.

Cisza miała tu inny ciężar.

Kolory układały się na miękkich wybrzuszeniach ziemi.

A między nimi — krzyże.

Drzewa poruszały się cicho,

szumiąc w sposób, którego nie rozumiał,

ale który czuł.

Pomyślał:

To piękne.

I zupełnie obce.

Wracał.

Dzień po dniu.

Coraz bardziej przekonany,

że to miejsce coś pamięta.

Pewnego dnia zobaczył ją.

Postać.

Dużą — jak na jego miarę, niemal niepojętą.

Jasne włosy opadały miękko,

falując przy skroniach.

Oczy — jasne, przezroczyste —

zdawały się patrzeć gdzieś poza.

Bał się.

Ale został.

Siedziała przy krzyżu.

Jej twarz pokrywała ruchoma warstwa —

coś, co wypływało z oczu

i spływało powoli.

Obserwował ją razem z Beą —

swoją drugą częścią.

Nie rozumieli.

Dlaczego tak siedzi?

Dlaczego się zmienia?

Zaczęła mówić.

Cicho.

O smutku.

O stracie.

I wtedy zrozumieli coś,

czego wcześniej nie znali.

Ludzie mogą tracić swoje wnętrze.

Ich miłość…

może przestać istnieć.

Zatrzymali się w tej myśli.

I po raz pierwszy pojawiło się porównanie.

Spojrzeli na siebie.

I pomyśleli:

— My mamy inaczej.










czwartek, 19 marca 2026

Piórko, które zgubiło niebo

 





 Piórko, które zgubiło niebo

Znalazłam dziś piórko.

Leżało na ziemi,

w świetle dnia, który powoli gasł.

Jakby zgubiło niebo.

Albo… zostało tu na chwilę.

Nie było idealne.

Nie było nowe.

A jednak zatrzymało mnie bardziej niż wszystko inne.

Może dlatego,

że przypomniało mi coś ważnego.

Że piękno nie zawsze jest wysoko.

Czasem spada na ziemię,

żebyśmy mogli je zobaczyć.

Dziś mam na sobie rzeczy z drugiego życia.

Bluzkę, która już była czyjąś historią.

Szal, który niesie lekkość.

I to piórko…

które przypomniało mi,

że wszystko ma swój czas, swoje miejsce…

i swoją drogę.

Może nic nie gubi się naprawdę.

Może tylko zmienia swoje niebo.

🌿