✨ 🌿 Narodziny Cynthii
Najpierw był ciężar.
Cichy, gęsty… obejmujący ją od środka.
Już nie była rozproszona.
Nie była wszędzie.
Była zamknięta.
Ciemność nie była pusta.
Była bliska.
Ciepła.
Otulająca.
Słyszała.
Nie rozumiała jeszcze dźwięków,
ale czuła ich rytm.
Powtarzalny.
Spokojny.
Jak coś, co trwało od dawna.
— Oddychaj.
Głos powrócił.
Tym razem był bliżej niż kiedykolwiek.
Nie wiedziała, czym jest oddech.
Ale jej istnienie… spróbowało.
Ruch.
Pierwszy, który nie należał do niej.
Coś ją ścisnęło.
Popchnęło.
Nie chciała się cofać.
Nie potrafiła.
Świat zaczął się zawężać.
Ciepło zmieniało się w nacisk.
Spokój w napięcie.
A potem—
światło.
Nie delikatne jak wcześniej.
Ostre.
Rozdzierające.
Powietrze wdarło się do niej gwałtownie.
Jakby ktoś otworzył drzwi,
których nigdy wcześniej nie było.
Ból.
Pierwszy.
Krzyk.
Nie wiedziała, że to robi.
Ale zrobiła.
I wtedy—
wszystko się zatrzymało.
Została uniesiona.
Otulona czymś miękkim.
Ciepłym.
Dotyk.
Dłonie.
Te same, które kiedyś czuła.
Daleko.
W innym istnieniu.
Teraz były prawdziwe.
Ktoś ją przytulił.
Mocno.
Jakby bał się, że zniknie.
Usłyszała głos.
Inny niż tamten.
Cichszy.
Drżący.
— Cynthia…
Imię spłynęło na nią jak coś znajomego.
Jakby czekało.
Otworzyła oczy.
Świat był nieostry.
Rozmazany.
Pełen światła i cieni.
Ale zobaczyła twarz.
Jasne włosy.
Te same.
Oczy.
Pełne wody.
To ona.
Kobieta przy krzyżu.
Już nie siedziała sama.
Cynthia nie rozumiała jeszcze niczego.
Ale poczuła jedno.
Bliskość.
I wtedy—
gdzieś bardzo głęboko—
jak echo z miejsca, którego nie pamiętała—
pojawiło się wspomnienie.
Szmaragd.
Kryształki.
I głos:
— Do ostatniej kropli soli będziesz żyć.
Jej mała dłoń poruszyła się lekko.
Jakby chciała czegoś dotknąć.
Nie przestrzeni.
Świata.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz