Wprowadzenie
Poni żyli wewnątrz ziemi.
Pomiędzy grudkami znajdowali przestrzeń —
niewielką, lecz wystarczającą, by istnieć.
Dla jednego było jej mało.
Ale w ruchu — w przemieszczaniu się — odnajdywali więcej.
Nie znali zimna ani gorąca.
Ich ciepło pochodziło z wnętrza —
choć nie mieli ciał w ludzkim znaczeniu.
Rodzili się razem.
Jedni w drugich.
Samotność nie była im dana.
Można by uznać takie życie za ograniczone —
być na zawsze związanym z tym samym istnieniem.
Ale oni nie znali nudy.
Przyjaźń była stała.
Miłość — przekazywana obrazem.
Śnili.
I uśmiechali się we śnie.
Ich oczy — przyzwyczajone do ciemności —
nie szukały form innych niż te,
które tworzyła wyobraźnia.
Tylko czasem myśl wybiegała dalej.
Poza to, co znane.
W życiu — nawet tym ukrytym pod ziemią —
rządzi przypadek.
Raf, bo takie imię wybrał dla siebie,
natrafił na coś, co zatrzymało go w miejscu.
Nie rozumiał tego.
Ale czuł — ciężar, smutek.
To były kości.
Zbyt obce, by je zignorować.
Zbyt obecne, by je pojąć.
Poczuł impuls.
Ruch ku nieznanemu.
Podążył.
Wyżej.
I jeszcze wyżej.
Aż dotarł do cienkiej, niemal przezroczystej warstwy.
Tam wszystko było inne.
Unosiło go coś, czego nie znał.
Oczy zaczęły szczypać.
Światło — nawet to przytłumione —
było nowe, ostre.
Na szczęście niebo było zasnute chmurami.
Ostrożnie wysunął fragment siebie ponad powierzchnię.
Nie musiał się bać.
Był zbyt mały, by ktoś go zobaczył.
Dla siebie — duży.
Dla świata — niewidzialny.
To miejsce było inne.
Cisza miała tu inny ciężar.
Kolory układały się na miękkich wybrzuszeniach ziemi.
A między nimi — krzyże.
Drzewa poruszały się cicho,
szumiąc w sposób, którego nie rozumiał,
ale który czuł.
Pomyślał:
To piękne.
I zupełnie obce.
Wracał.
Dzień po dniu.
Coraz bardziej przekonany,
że to miejsce coś pamięta.
Pewnego dnia zobaczył ją.
Postać.
Dużą — jak na jego miarę, niemal niepojętą.
Jasne włosy opadały miękko,
falując przy skroniach.
Oczy — jasne, przezroczyste —
zdawały się patrzeć gdzieś poza.
Bał się.
Ale został.
Siedziała przy krzyżu.
Jej twarz pokrywała ruchoma warstwa —
coś, co wypływało z oczu
i spływało powoli.
Obserwował ją razem z Beą —
swoją drugą częścią.
Nie rozumieli.
Dlaczego tak siedzi?
Dlaczego się zmienia?
Zaczęła mówić.
Cicho.
O smutku.
O stracie.
I wtedy zrozumieli coś,
czego wcześniej nie znali.
Ludzie mogą tracić swoje wnętrze.
Ich miłość…
może przestać istnieć.
Zatrzymali się w tej myśli.
I po raz pierwszy pojawiło się porównanie.
Spojrzeli na siebie.
I pomyśleli:
— My mamy inaczej.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz