🌊 Narodziny przejścia
Cynthia zaczęła czuć ciężar.
Nie był nagły.
Pojawiał się powoli —
jakby coś delikatnie
ją zagęszczało.
Jej płynna przestrzeń
przestawała być nieskończona.
Zamiast tego
pojawiło się…
ograniczenie.
Pierwsze.
Nie rozumiała tego.
Dotąd była wszystkim —
rozproszona, spokojna, bezkresna.
Teraz coś zaczynało ją skupiać.
Zamykać.
W jednym miejscu.
Kolor się zmienił.
Szmaragd nie zniknął —
ale stał się głębszy.
Cięższy.
Pojawiło się światło.
Nie z zewnątrz.
Z wnętrza.
I wtedy
znowu usłyszała głos.
Tym razem bliżej.
— To początek.
Czuła ruch.
Nie taki jak wcześniej —
swobodny, bezkierunkowy.
Ten miał kierunek.
W dół.
Albo w głąb.
Nie wiedziała.
Ale nie mogła się zatrzymać.
W tym samym czasie,
w świecie, którego jeszcze nie znała—
Raf zamarł.
Bea poruszyła się niespokojnie.
— Czujesz to? —
przesłała obrazem.
Tak.
To nie było z ziemi.
Nie było też z powierzchni.
To było…
pomiędzy.
Ziemia pod nimi drgnęła.
Delikatnie.
Jakby coś bardzo małego,
ale niezwykle silnego,
próbowało się przez nią przedostać.
Raf zbliżył się.
Ostrożnie.
Po raz pierwszy
nie z ciekawości.
Z potrzeby.
I wtedy zobaczył.
Nie oczami.
Czymś innym.
Światło.
Ale nie takie jak na powierzchni.
To było światło, które…
czuło.
Cynthia.
Nie znał jej imienia.
Ale poczuł ją.
Zatrzymał się.
Nie wiedział dlaczego,
ale zrozumiał jedną rzecz:
To, co nadchodziło—
nie należało
do żadnego z ich światów.
Bea cofnęła się lekko.
— To nie jest bezpieczne —
przekazała.
Ale Raf nie odpowiedział.
Po raz pierwszy…
nie chciał się cofnąć.
Cynthia opadała.
A może się rodziła.
I wtedy
wszystko na moment ucichło.
Jakby świat
wstrzymał oddech.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz