Niedokończona powieść

Zaczęłam parę ładnych lat temu-hmm to już 8:)
Anglia tu czas bardzo przyspiesza i trudno opanować zmęczenie, ale pstanowiłam to zrobić, bo przecież życie nie może ograniczać się tylko do pracy...jedzenia i spania, byłoby bez sensu przynajmniej dla mnie. Bardzo mile widziane komentarze, bo może uda mi się ja dokończyć.
Fantazja to moja mocna strona więc przepraszam tych kto jej nie lubią bo to powieść dla tych ludzi, którzy fantazje uwielbiają tak jak ja:)

W śniącym świecie

fantazja, realne życie
  świat mający kilka wymiarów







Cynthia

jej przestrzeń była płynna .chłodna i spokojna.
wyczuwała kolor krystaliczno-szmaragdowy.
nie wiedziała co to jest dno, bo była bezkresna 
bezczas płynący sam w sobie. zdawało jej się
że związana jest z czymś drugim. takim samym

 i bezpiecznym. uczyło ja wznosić się, opadać 
 bez powierzchni. czasami czuła  bliskość
 w obrębie, który nie potrafiła wyznaczyć.
 a jednak zauważała mniejsze części, szybko
 krążyły mając to czego nie miała. namacalne 

 odległości,  zazdrościła im tego poruszania się
dotykania przy pomocy długich kończyn
zakończonych bardzo zwinnymi palcami.
przychodziły do niej, czuła jak się zanurzają
lub rozsuwają ją przy pomocy dłoni. musiało

ich być więcej.  w tej chwili poczuła coś dziwnego. 
ta część o której myślała,  że jest jej zaczęła się
unosić. przesuwać bliżej miejsca z którego przychodziły. 
zobaczyła oślepiająco białą plażę. widziała i czuła.
miała kształt i nie wiedziała jak go nazwać .dotykał
kryształków, było ich pełno. z wewnątrz usłyszała głos
do ostatniej kropli soli będziesz żyć.




Wprowadzenie

        Poni mieszkali wewnątrz ziemi, pomiędzy grudkami było ich miejsce. Były to malutkie przestrzenie, w których mogli prowadzić życie. Nie było tego wiele dla jednego, ale przemieszczając się w różnych kierunkach zdobywali coraz więcej. Nie odczuwali zimna czy gorąca. Ich temperatura pochodziła z wewnątrz, chociaż nie posiadali organów. Rodzili się razem, będąc jedni w drugich-nie mieli żyć sami. Można powiedzieć, że nudno być zdanym na tego samego i to do końca życia, ale tak nie było. Przyjaciel na stałe czy miłość wysyłana w postaci obrazów. Często uśmiechali się we śnie. Tak musiało być, pod ziemią ich oczy przyzwyczajały się do ciemności. Nie szukały innych kształtów- jak te z wyobraźni. Nieraz tylko myśl biegła dalej niż to, co mieli. 
        W życiu często rządzi przypadek i tak było tym razem. Raf, bo takie imię nadał sobie, natknął się na coś smutnego. Nie wiedział dokładnie co to jest, ale tak czuł. To były kości, zastanawiał się przez długą chwilę- skąd mogły się tu wziąć i dlaczego? Zaczął kierować się w nieznana stronę. Ta ciekawość popychała go coraz wyżej i wyżej, aż do cieniutkiej warstwy, która była mocno rozrzedzona. Czuł się dziwnie, jakby unoszony przez nieznane. Drażniły go oczy, mrużył. Powoli zaczynał przyzwyczajać się do światła. Na szczęście to był pochmurny dzień, słoneczne promienie nie macały wszystkiego. Rozejrzał się wystawiając mały fragment siebie, bardzo ostrożnie. Nie musiał tak uważać, był niedostrzegalnej wielkości.  Dla siebie spory, ale dla żyjących na powierzchni - nie do wypatrzenia.
       Dziwne  miejsce, cisza i kolory poukładane na wybrzuszeniach,  przy wszystkich krzyże, drzewa z szumiącymi  konarami. Mógł określić- to ładne miejsce i takie inne od tego, co znał.
Zaczął przychodzić codziennie, lubił tu przebywać. Towarzyszyło mu przekonanie, coś się tu kiedyś działo. Zobaczył bardzo dużą postać: jasne włosy, długie i wijące się na skroniach. Podobały mu się oczy: jasne i przezroczyste. Bał się, ale chciał dowiedzieć się czegoś więcej. Siedziała obok krzyża, twarz miała pokryta płynącą otoczką. Wydobywała się z tych przezroczystych oczu. Zastanawiał się z Beą( druga częścią) po co tak siedzi, zmienia siebie. Zaczęła szeptać o smutku i stracie.  Zrozumieli- ludzie tracą swoje wnętrza, ich miłość, może umrzeć. Wtedy pomyśleli- mamy lepiej.
 



  Wejście do krainy Poni 


        Teraz baczniej przeglądali myśli. Nie mogli dotknąć siebie i ten strach spotkany w innym świecie pozostał. Nie było to logiczne, przecież nie umieli tęsknić, a nawet nie wiedzieli, co to jest. Zostało dziwne uczucie kłujące ich myśli. Kości i łzy kobiety, żłobiące jej policzek wryły się w nich. Raf wsunął się głębiej. Miękkość grudek uspokajała, tylko Bea patrzyła i patrzyła na znikający cmentarz. Zaczęła śpiewać dziwną piosenkę:

dole mino sofis
daleko mieszka światło
alea noter santumi
pod ziemia czeka cisza
gea gea ortis
tam tam nasze życie

       - Potrafisz śpiewać? -Raf zatrzymał się na chwilę, by zrozumieć słowa.
-Nigdy nie słyszeliśmy swoich głosów, wydawało się, że jest to niepotrzebne, a jednak takie piękne- ta melodia dotyka mnie z innej strony.
-Śpiewaj Beo, śpiewaj dalej.
      To była pora, w której szukali wyznaczonego szlaku, schodzili głębiej. Tajemny rytuał, na który przychodzili. Nie musieli znać kierunku wystarczyło wyczucie, które mieli wykształcone najlepiej. W milczącym świecie, ciemnym i głuchym liczyło się tylko magiczne odczuwanie. Nie mieli szans na pomyłkę, tu trzeba było być bardzo ostrożnym. Mieszkanie pod ziemią to nieraz pułapka , która czyhała jak krwawa niespodzianka. Ktoś kto obserwowałby nadchodzące wydarzenia uznałby je za,, kalejdoskop” zdarzeń.
     -Będą Orpi, właśnie dostałem wiadomość, że tym razem ich nie zabraknie.
-Boję się , pamiętasz ostatnio?- została głucha cisza, oni są źli. Krzywdzą, tylko nie wiemy, co robią. Dlaczego mam takie myśli? Zawsze tak ich widzę- pokraczna natura, mogąca zaatakować w dotkliwy sposób.
-Przesadzasz, nigdy ich nie widzieliśmy, nawet nie słyszałam szelestu ich ciała. Wiemy tylko, że są,. Dostałem przekaz od Fiona.
- Jeszcze żyje, nic mu się nie stało? Tak dawno nie dawał znaku życia.
- Masz racje, chociaż twierdzi, że to już jego ostatni rytuał, a potem zostanie Gordem.
-Zostać Gordem do tego dążymy, to musi być piękne. Tajemne ogniste przejście i miejsce gdzie można żyć. Wiesz, marzę o tym- tam musi być inaczej.
-W tym roku mamy kierować się do samego środka, rzadko tam bywamy.
- Wiesz gdzie?- myśl Bei skurczyła się, jakby wyczuwała niebezpieczeństwo.
- Tam nie ma grudek, jest przestrzeń bardzo płynna, otacza nas jak powietrze.
-Byliśmy tam tylko raz. Pamiętam, wtedy widziałam żółte obrazy, najeżone czerwonymi kolcami. Było tak przyjemnie, tego się nie zapomina. Byli inni mieszkańcy naszego świata,
 czułam, że chociaż tak się różnimy jesteśmy tym samym.
      Mogli zejść do wnętrza dzięki innej budowie ciała i braku reakcji na temperaturę. Przychodzili wszyscy, nawet z najdalszych zakamarków ziemi.
Czerwono-złota konstrukcja i paląca temperatura pozwalała im na przeobrażanie się. To był czas podziału. Najpierw ich powłoka rozciągała się, rozluźniała stawała się płynna. Brunatna maź jak ziemia, do której przywykli. Z każdej większej części powstawały trzy nowe skupiska. Po podziale natychmiast kurczyły się jakby chciały schronić wyrwany kawałek siebie. To było nowe życie, które otrzymywali podczas obrzędu ognia. Właśnie tu nowi mogli przyjrzeć się pozostałym, poznać całą resztę, tak dziwną jak miejsce w którym żyli.
     Zaczynało robić się coraz jaśniej.  Nie było to zwykłe światło.  Złote opary z czerwonymi   prześwitami, które wyglądały jak kolce zawieszone w  przestrzeni. Wysoka temperatura nie przeszkadzała, unosiła dziwny zapach wnętrza, ciepłego i bezpiecznego jak w brzuchu dobrodusznego olbrzyma, karmiącego spokojem swoich podopiecznych .  Tu właśnie mieli się spotkać i uczestniczyć w corocznym rytuale.
      - Jesteśmy  na miejscu, widzę krystaliczne kamienie otaczające otwór.
- Siedzi już Fion? Udało mu się dotrzeć przed nami? -Raf zaczął się rozglądać, wypatrując najmniejszego z nich. Fion był bardzo drobnej budowy, ale mocno zaokrąglony. Jego bura, gładka powłoka ciała napięta była mocno- jakby chciała pęknąć. Z niej wystawały krótkie kosmate nóżki. Malutki ryjek i bardzo duże czerwone oczy tworzyły sympatyczny wyraz. Spiralne uszy wyrastały z boku. W miarę potrzeby można je było rozprostować i wychwycić dźwięki. Nikt nie wiedział, ile miał lat, nawet on sam zgubił wiedzę na ten temat.
- Jeszcze go nie ma. Pamiętasz , że jest najstarszy i nie porusza się tak sprawnie jak my.
- Tęsknię za nim, zawsze zna tyle opowieści i potrafi pokazać obrazy, których nie widzieliśmy. Długo przebywał na powierzchni. Kiedyś żył wśród ludzi, wiele o nich wie.
Często myślę o tej  kobiecie, którą widzieliśmy na cmentarzu- nie mogę o niej zapomnieć.  
-Ja też zastanawiam  się , jak to jest być samemu .  Straciła kogoś  ważnego. Dobrze, że ja mam Ciebie i nie rozstaniemy się, bo to jest niemożliwe- Raf przesłał uśmiech Bei z zapachem podziemnych kwiatów.
- Cha, cha wiedziałam, że tak powiesz, a kwiaty lubię, zawsze wiesz , które wybrać.
- Madam spełniam twoje marzenia, ogniste Ertarie  rosną tylko tu i nie mogłem się oprzeć pokusie sprawienia  przyjemności- może będziesz milsza i przestaniesz tyle gderać ( Raf uśmiechnął się sam do siebie- wiedział jak zareaguje Bea).
- Ja gderam? No to teraz będę gderać, szczególnie jak będziesz chciał  przebywać w snach. Nawet wiem, jak to zrobię. Zamierzam potrząsać obrazem, który sobie przywołasz. Będzie pojawiać się i znikać. A potem rzucę grudkami ziemi w sam czubek twojego ryjka. To Ci się na pewno spodoba.
- Jesteś niedobra i następnym razem nie dostaniesz kwiatów, chyba , że zasłużysz.
       Krystaliczne kamienie były prawie zajęte.  Siedzieli już inni Poni. Nie było ich wielu.  Przebywanie w takim miejscu jest bardzo trudne. Ciemne i ponure, ale oni kochali je, nie zwracając uwagi na warunki w jakich żyli.
      Im było wolno na nich siedzieć - prawowitym mieszkańcom, dumnie noszącym nazwę Ponów. Byli pierwsi i stanowili korzenie wszystkiego, co żyło w niezbadanym wymiarze.
     - Widzisz za nami są inni, to chyba są Orpi, im nie wolno podejść do kręgu. Nie podobają mi się, chociaż nigdy nie mieliśmy z nimi do czynienia.
      Mieli długie i wijące się cielska, z których wychodziło dwanaście par otworów gębowych. Pod szklistą powłoką przemieszczały się pęcherzyki gazu  w wielu kolorach. Nie mieli kończyn, a potrafili błyskawicznie się przemieszczać. Zwinnie przechodzili przez każdą grudkę ziemi. Nie potrzebowali tych małych skrawków powietrza, nauczyli się żyć bez nich i  z tego powodu byli bardzo zadowoleni.
   -Beo zobacz idzie Fion. Zająłem mu miejsce koło nas. Może opowie , gdzie był i dowiemy się czegoś o Orpich- Fion przysiadł się do nich, była już najwyższa pora. Z wnętrza świetlistego otworu, otoczonego kamieniami Nali ( tak nazywano kryształy cudu) zaczęła wypływać święcąca przezroczysta lawa. Jak długi język, który chciał dotknąć wszystkich.
 Powoli naznaczała ich, bo tylko tak można było dokonać podziału. Czekali na ten moment zapadając w sen ułatwiający kontakt z wnętrzem ognia.


Przed rytuałem ognia

      W głębokim śnie ukazywały się wrota. Zbudowane z warstw czasu, każdą wyznaczały naniesione godziny. Przeniknąć je mogła myśl wolna, wydobywająca się z uśpionego ciała.
Szybka jak światło, z którego była zbudowana. Za nimi znajdowała się komnata, której ściany tworzył błękitny ogień o srebrnym blasku. Pomiędzy płomieniami krążyły czarne iskry, zderzając się podsycały go jeszcze bardziej. Najstarszy o największej skali odczuwania nie palił – to Wastu zwany przez Ponów świętym ogniem życia. Zanim przeszli przez wrota mieli czas dla siebie. To były godziny dzielenia się tym, czego doznali i co udało im się zobaczyć. Właśnie na taką chwilę czekała Bea , zaciekawił ją świat na powierzchni. Chciała dowiedzieć się czegoś więcej o ludziach.
    - Fionie! Tori so ( w języku Ponów oznaczało określenie miejsca snu). Bea wybrała ciemnozielone jezioro ukryte pomiędzy szarymi skałami. Porośnięte Kartikami, olbrzymimi żółtymi kwiatami. Ich płatki były tak stabilne, że można było śmiało na nich usiąść. Wodne grzywacze, ruchliwe rośliny wydobywały się z głębin. Długie wijące się łodygi zakończone giętką częścią w kształcie dwóch palców. Chwytały kwiaty, by kołysać uśpionych.
-Tu jesteś Beo! piękne miejsce wybrałaś, niezwykłe i zachęcające do opowieści. Jak tam Raf?
- Świetnie, właśnie kręci się na karuzeli cyrkowej i przeskakuje z jednej ławeczki na drugą. Nie będziemy mu przeszkadzać, niech bawi się dalej, lubi zachowywać się jak dziecko…
- To w nim też lubię, jego zdolność do pozostawania dzieckiem. Niesforna natura nieokiełznana . Niech taki będzie do końca( Fion przypomniał sobie zabawy z dzieciństwa i uśmiechnął się).
-Byliśmy na powierzchni, tam żyje się inaczej. Jest tyle barw i światło, które kładzie promienie na wszystkich częściach tworzących całość.
-Nieźle się tam żyje, chociaż nie zawsze jest tak pięknie i wesoło. Nieraz wiele smutku można dostrzec. Wśród ludzi jest go najwięcej. Oni tworzą go, nie zwracając uwagi na sposób powstawania.
- Widziałam postać, siedziała, a twarz miała pokrytą wodą.
-To są łzy, tak ją nazywają. Najczęściej płaczą kiedy coś stracą. Chociaż widziałem też jak śmiali się i płakali jednocześnie. Długo przebywałem w miejscu ,na który mówili ogród. Był tam krzew pokryty czerwonymi kwiatami. Miał płatki zwiewne i delikatne jak ledwo co rozpalone ognisko.
-Musiały wyglądać pięknie, chciałabym je kiedyś zobaczyć. Zaczynam Ci trochę zazdrościć takich obrazów.
-Nie ma czego, akurat przy tych kwiatach poznałem ich smutek. Spotkałem postacie zawsze siadały w pobliżu. Tworzyli parę, oni żyją osobno, ale też razem. Wybierają siebie i chcą się kochać do końca życia, tylko tak często ranią swoje uczucia, że wielu to się nie udaje. Na początku on z taka radością biegł do niej, przynosił uśmiech i kwiatki zerwane lub kupione po drodze. Kładł na jej dłoniach i przytulał całując na powitanie.  Mogą gestem pokazać to, co czują.
-To musi być piękne, nie tylko widzieć, ale też czuć ciepło drugiego( Bea rozmarzyła się).
-  Nie zazdrość! - tak jest, ale często oni to sobie wzajemnie zabierają. Nagle przestaje to cieszyć lub interesuje ich inny rodzaj u kogoś nowego.
- Ja bym z tego nie zrezygnowała- Bea zaczęła sobie wyobrażać jak Raf robi to samo.
- Po jakimś czasie…przychodził tak, jak zwykle, ale zapominał o kwiatach, często się spieszył i rozmowy ich nie były już takie radosne jak dawniej. Ona coraz częściej była smutna, a nieraz, gdy była sama płakała. Pytała - co się stało?, ale on nie widział nic złego, nie rozumiał, nieraz nawet był wściekły- bo czego  od niego chce. Zawsze się starał, jest i ma tylko ją, a teraz nic - tylko marudzenie. Przecież powinna rozumieć, co chce osiągnąć i to dla nich. Gdzieś po drodze zgubiła się miłość, prawda była taka, że ona spowszedniała i nie tworzyła już tego barwnego początku. Była bardziej z obowiązku niż z chęci bycia razem. To dziwne uczucie, często zamiast się rozwijać, gaśnie jak kwiaty, które kwitły opodal. Jak masz ją na co dzień, to nagle przestaje smakować. Tak stało się z nimi, dalej nie wiem, bo musiałem wrócić do wnętrza ziemi.  Gdy mogłem znowu pobyć w ogrodzie, to kwitły te same kwiaty, ale obok siedziała już inna para.
-Smutne Fionie, a ja mam na stałe Rafa i wiem, że mi nie ucieknie – gagatek!
- Takie jest nasze życie, moja Olema…  jak pomyślę, kiedy przywołuje obrazy, to zaraz się uśmiecham .
- Słyszę dziwne dźwięki – Bea  zaczęła nasłuchiwać rozwijając bardziej ucho. Już czas, by podejść do wrót – szepnęła.
     Fion powoli wstał i udał się za podskakującym Rafem -chyba jeszcze przeskakiwał z ławeczki na ławeczkę.



Komnata czasu i rytuał ognia


      Zawirowania świadomości występujące we śnie to utrata rzeczywistości. Możliwość dostania się do nienamacalnego wymiaru. Niedostrzegalny narkotyk w tej chwili został podany  w zmożonej ilości. Faza REM odcinająca od znanych kształtów, nazw występujących w części życia, która było im znana.
    Wszyscy stali już przed wrotami- w ich umyśle, istot żyjących w Ziemi musiały mieć kształt drzwi. Tak budziły mniejszy strach. Przejście było łagodniejsze. Gdyby wiedzieli, że nie są nimi, tylko tworzą szereg świetlistych pierścieni, przeszywających jak rentgen. Nie potrafiliby ich przeniknąć , zostaliby w miejscu.
    Promienie gama, tylko docierają do wnętrza. To był inny  rodzaj, który powoli rozpuszczał powłokę tworzącą ciało. Podczas życia ten kształt  tworzy schronienie dla wszystkich doświadczeń i osiągnięć, których doznają. Jest barierą rozdzielającą myśl na dwa obszary: życia i śmierci.
     Krąg utworzony przez krystaliczne kamienie( Nali kamienie cudu) rozjarzony był już białym światłem. Tak jasnym, że będący dalej Orpi, chociaż nie posiadali oczu cofnęli się gwałtownie. Jakby wyczuwali niebezpieczeństwo. Siedzący na kamieniach Poni stawali się coraz mniej widoczni. Pochłaniała ich energia Nali. Zewnętrzna powłoka jaką jest ciało została zamknięta  wewnątrz i rozpuszczona na pierwiastki z których była  zbudowana. Towarzyszyły temu dźwięki wyładowań elektrycznych. Skutecznie odstraszając Orpich. Wewnątrz Nali byli bezpieczni. Tam mieli czekać na podział, który dokonywał się pomiędzy świetlistymi ścianami komnaty czasu.
      Fion nie był z nimi, został na swoim miejscu. Tkwił jak posąg wyczekujący na dalszy ciąg. Nie odzyskał świadomości. Jego czas  dobiegał końca. Kamień na którym siedział nie posiadał światła, był martwy. Poni nie znali śmierci. Mogli się tylko domyślać  wracając po podziale, kiedy co jakiś czas jeden z nich znikał.
      Z wnętrza otworu wydobywały się ogniste wybuchy, tworzące coraz to większe języki płomieni. Na każdym znajdowała się postać, chociaż trudno byłoby ją zdefiniować w pojęciu kształtów. Istoty te nie miały stabilnego wizerunku. Przy każdej eksplozji z wnętrza ich kontur zacierał się, był bardziej luźny od tych, które znali. Tworzyły go różowe łuny przemieszczające się bardzo szybko w kierunku Fiona. Tuż przy nim utworzyły szereg kul z takim samym światłem wewnątrz( elektrycznie różowym). Można było się domyślić, że materia ta potrafi nadawać sobie dowolny kształt, w zależności od potrzeb. W tej chwili podzieliła się na dwa oddziały: jeden wytworzył dłonie, które pochwyciły zastygłe ciało, drugi utworzył spiralne koło. Na nim je  położono. Obręcze zaczęły się rozstępować. Zamykając go wewnątrz, tylko przez chwile widać było różową smugę, szybko przemieszczająca się w kierunku otworu. Tam  znikła wraz  z Fionem mającym zostać Gordem. Powstawali właśnie po śmierci każdego Pona.
    Oddaleni Orpi zaczęli odczuwać coś w rodzaju zazdrości. Nie rozumieli dlaczego, tylko Ponom wolno było przebywać w pobliżu otworu- to przecież była tajemnica życia, coś co stanowiło początek, z zarazem koniec. Miało siłę, której oni nie posiadali, a chcieli mieć taką samą możliwość. W ich myślach zaczął rodzić się bunt- czuli się gorsi. Chcieli mieć takie same przywileje i możliwość dotarcia do środka ognia.
       Orpi mieli wybranego przewodnika, był nim zawsze najsilniejszy i najszybszy. Gaz pod powierzchnią jego skóry tworzył największe pęcherze. Przemieszczające się bardzo szybko. Telimandor właśnie taki był.
-Ustawcie się jeden przy drugim- krzyknął pośpiesznie- zwarcie- dodał  szybko. Nie wiadomo co może się stać- musimy być przygotowani na nadchodzący wybuch  z wnętrza.
- Masz racje- odpowiedzieli razem. Taki wybuch powstaje,  kiedy ktoś dostaje się  do otworu.
   Orpi przylgnęli do swoich ciał, dokładnie według instrukcji. Gaz krążący pod ich skórą nagle połączył się tworząc rodzaj muru. To była ochrona , która miała ugasić spodziewany wybuch. Jedno wyładowanie  można było zlikwidować  drugim. Narastały emocje. Z wnętrza otworu dochodził gwałtowny łoskot!
    Olbrzymi płomień wydostał się na zewnątrz, wraz z nim szmaragdowe opary przysłaniające widoczność. Brak możliwości widzenia, w tym momencie przydała się Orpim- nie bali się, aż tak bardzo. Powstały obraz dla nich był nie widoczny. Płomień pełz w ich stronę. Przemieszczał się jak szybki wąż, który sykiem toruje drogę. Nagle zatrzymał się! Gazowa zapora działała wytwarzając dodatkowe ciśnienie. W jednej chwili miejsce rozszerzyło się wraz z powstałym hukiem, by potem skurczyć się jak cisza, która pozostała po wybuchu. Tylko sporadyczne  dźwięki wydobywały się z kamieni Nali. One nie brały udziały w zjawisku. Stanowiły ochronę dla życia tego co było i tego co powstawało.
        Rozsunęli ciała i wrócili na swoje miejsca. Telimandor był zadowolony- czuł- nikomu nic się nie stało. Ani jednego nie ubyło. Gaz dalej krążył pod szklista powłoką całego oddziału. Można byłoby się zastanawiać- skąd wiedział jeśli nie widział, ale umiejętność przekazywania myśli to była sztuka, którą też posiadali. Niemy alfabet wysyłany wraz z falami mózgowymi, a trzeba przyznać, że mózg mieli doskonale rozwinięty.
- Od dzisiaj uczymy się dostrzegać obrazy- powiedział dobitnie Telimandor. Wiem, że jest nam to niepotrzebne, ale chcę, żebyśmy zaczęli przypatrywać się życiu Ponów.
- Przecież nie mamy oczu- odpowiedział jeden z nich. Mamy swoje miejsca i oni nam nie przeszkadzają.
- To tylko złudzenie- odpowiedział Telimandor- przez nich nie wiemy co jest wewnątrz otworu. Ogień, ale czy tylko ogień? Domyślam się , że tam znikają kiedy mają już wiele lat. Udało mi się to wyczuć. Myślę, że ten straszak najstarszy z nich znikł niesiony w dziwnej kuli. Ubyło ich paru. Nie wiem czy wiecie, ale jeden zawsze mieści w sobie kilku. Niech giną! Mnie oni zawsze przeszkadzali. Ten ich przywilej siadywania w pobliżu. Nam nawet nie wolno tam podejść i gdzie tu równe prawa? Jak ich nie ma , to trzeba je nakreślić. Zmienimy je, żebyśmy też mogli przeżyć to samo. Złego czy dobrego tego nie wiemy, ale musimy spróbować. Nie może być tak, w tym naszym zakichanym świecie, że jedni mogą , a drudzy  nawet nie wiedzą co się dzieje. Czuję, że przechodzą jakiś rytuał, ale dlaczego nam nie wolno mieć takiego samego?- zapytał wściekły przewodnik Orpich.- Wywalczymy to!-  zmieniając wszystko w śniącym świecie. Osiągniemy to, co oni mają teraz- na chwilę zamilkł- dał czas do zastanowienia się .
         Biedny Fion w tym samym czasie opuszczał miejsce, które znał. Było  życiem i czasem, który kochał. Olema wtulona w jego myśli spała tak samo. Nie wiedzieli, że już nie wrócą w swojej postaci. Czuli to przedtem ,domyślali się tego. Ostanie spotkanie ze swoimi. Wymiana obrazów i potem koniec. Ale każdy ma nadzieję na następne parę lat może się jeszcze uda coś przeżyć.  Kula podążała z zawrotną prędkością, aż do samego środka. Tu światło miało pierwotna barwę. Było białe. W chwili zatrzymania się obudził ich dźwięk. Przypominał śpiew Humbaków olbrzymich wielorybów, o których słyszeli przysłuchując się opowieściom pewnego podróżnika. Chlipuuuuuuuuuut dźwięczało w głowie, chliputtttttt świdrowało coraz bardziej.
     Fion rozbudził się, widział bardzo ostro. Jego ruchy były sprawne, ale bardziej płynne czuł, że unosi się  w temperaturze, która tworzyła rodzaj wymiaru podobnego do wody.
-Olemo obudź się. Proszę przestań już spać. Zobacz co się stało- dobrze czuliśmy. To był nasz ostani rytuał. Teraz jesteśmy wewnątrz ognia i nie wiem co dalej-Olema przeciągała się nerwowo i zaczęła przyglądać się nowemu miejscu.
-Fione tu jest bardzo ładnie- jak kobieta dostrzegała walory zewnętrzne.
- Tak myślisz? –Fion zapytał rozglądając się ponownie.
    To było ładne miejsce. Białe światło, jak delikatna mgła uspokajało nerwy, ale coś za nim było.
Trzeba było iść dalej. Udać się w nieznanym kierunku- z musu, a nie z chęci. Fion nie miał wyboru- musieli iść , bo takie było przeznaczenie. Pozostanie , nie przyniosłoby odpowiedzi na dręczące pytanie- po co  tu  się znaleźli?




W krainie Idii


Szli dosyć lekko.  Rozpływali się łącząc z  tym co ich otaczało. Nie wiedzieli, że teraz są  światłem, energią złączoną w jeden obszar. Czas to powierzchnia rozdzielająca. Występuje w strefie materialnej. Takich obszarów jest wiele i w każdym inaczej przepływa. Przenikamy siebie nie wiedząc, że to on uczy nas określać kształty i nadawać nazwy. Jak w zawrotnej układance! Kiedy jesteśmy w krawędziach potrafimy określić, wydobyć inne części. Widzimy jeśli potrafimy wzrokiem objąć fragment , dopasować do niego określenie. Nie zobaczymy  jeśli zatrzyma się  ułamek sekundy, który wyznacza granice. Czas pozwala zaistnieć życiu, które poddaje się biegowi zdarzeń. Tak wydobywają się kształty w poznawanej przestrzeni. Tu nie miało to znaczenia. Wszystko przemieszczało się bez wewnętrznego nakazu. Nic nie określało powstawania, było to bez znaczenia.
     Fion powoli przyzwyczajał się do sytuacji. Szukał myśli Olemy, która wtulona w jego doznania uczyła się być , nazywać siebie i cieszyć się z tego, że potrafią dalej rozmawiać.
-Olemo zobacz wokół nas tysiące iskier i kolorów.  Przepływają nie zostawiając śladów. Widzisz te barwne otwory. To chyba są… pęcherzyki?
-Czuję się jak w morzu, w którym zamiast wody znajduje się ogień. Nie jest wrzące - to  dobrze jak myślisz?
- Tak  kwiatuniu- lubił ją pieszczotliwie nazywać. Wiedział , że słowo zadziała.- Olema zaraz będzie mieć lepszy nastrój. Jesteśmy w nowej strefie. Tam zostawiliśmy to co już poznaliśmy.  Musimy od nowa uczyć się rozumieć co nas otacza.
- Pamiętasz jak uczyliśmy się przekazywać myśli. Najpierw nic nie słyszałeś dopiero kiedy pojąłeś, jak przyjmować moje słowa poznaliśmy siebie.
-  Tak jest tutaj! Jeśli uda nam się uchwycić choćby mały kawałek. To nauczymy się rozpoznawać obrazy.
- Ja na razie widzę  same punkty, które tak zabawnie krążą wokół siebie. Przenikają lub zatrzymują na chwilę.
-Spójrz pędzą prosto na nas. Złota barwa przenika zostawiając dziwne uczucie. Jakbyśmy należeli do niej. Nie! Teraz jest biała- tak …to biały kolor. Fionie, jakie to dziwne uczucie. Poczuć coś , ale co?- Olema bawiła się tą całą sytuacją. Sprawiało jej przyjemność znajdowanie czegoś nowego.
     Fion w tym czasie starał się łączyć punkty w obraz. Było to jednak trudne. Czego się uchwycić? Domyślał się, że nowy wymiar to inne kształty. Jak poznać alfabet, jeśli nie zna się chociaż paru znaków-  Rozmyślał trochę przestraszony. Przypominał sobie poznane obszary- może któryś ….może ten….- Znowu nic dalej widzi wirujące otworki. Tak pomyślał o małych punktach zderzających się ze sobą lub krążących jedne wokół drugich.
- Zdenerwowałem się -to jak zabawa w chowanego. Myślę … myślę, ale nie wiem w którą iść stronę. Nie uśmiecha mi się przebywanie wśród dziwnych pęcherzyków. Wszędzie to samo i tak ma teraz być. To jak kara- Fion zaczynał poddawać się. Był przekonay, że są w pułapce. Bezbolesna, ale jak istnieć jeśli traci się wiarę. Wyobrażał sobie, że jest  mózgiem wyrwanym ze swojej przestrzeni. Umieszczony na zewnątrz czuł, że jest w innym miejscu, ale nie wiedział jakim.  Pozbawiony realnego wymiaru gubił się w doświadczeniach. Nie potrafił zrozumieć tego co ich otaczało . -Wołać o pomoc? To nie jest możliwe- tu nikogo nie ma. Ironicznie analizował swoje porównanie- Mózg nie potrafi wydobywać dźwięków.
- Alfabet myślowy jest odczytywany w świecie z kąt pochodzę.  Mogę rozmawiać tylko z Olemą- w tej chwili czuł się zagubiony.
-Przestań marudzić-  szturchnęła go zmieniając nastrój. Sam to ty nie jesteś. A ja już się nie liczę. Jesteśmy razem- to wystarczy. A jak nie potrafisz się pogodzić z tym, że jesteśmy w nowym miejscu to zacznij sobie przypominać stare. W tamtym świecie znajdziesz nasz życie, będzie lepiej. Wspomnienia to dobra sprawa. Mamy je, jeśli  jest zbyt trudno można włączyć przycisk.  Wokół nas pojawi się nasze doznania. Przestaniemy być sami.
- Oj! Ty moja przyjaciółko, ale to są tyko schowane obrazy, a kiedy się dobrze rozejrzę… widzę….wstrętne kolorowe pęcherzyki, które zaczynają mnie denerwować- Skrzywił się jakby całe wnętrze wypełniła mu gorzka substancja.
-No właśnie głupolu.  Potrafisz już  coś  wyróżniać. Zastanów się teraz dobrze. Widzisz otworki czy pęcherzyki. Sprecyzuj to.- Olema zaczęła się zastanawiać dlaczego Fion raz widzi otworki, a raz pęcherzyki.
- Masz rację  to już jest coś. Zaczął  radośnie podskakiwać. Jak małe dziecko, które dostało najwspanialszą zabawkę.


                                                                      2

Fion zaczął zastanawiać się nad tym co dostrzega. Trudno jest określić coś, co widzi się przez mgnienie sekundy i nie jest się pewnym zaobserwowanego kształtu. Zaczął dobrze przypatrywać się przestrzeni. Był pewien, że jest białym światłem, w którym znajdują się otwory i pęcherzyki. Nie to nie są pęcherzyki- zauważył. To jest obszar z otworami. Nie jest stały, porusza się zmienia wokół . Wyrasta … tak powstają te nieznośne pęcherze. Coś miedzy nimi jest- to są  przejścia w kształcie otworów.- widzę!... zawirowania w całości-  nareszcie poczuł, że zbliża się do rozwiązania . Domyślał się, że  muszą kierować się do jednego z otworów. Tam prowadzi  droga.  Znajdą odpowiedź!
- Olemo musimy podejść bliżej  tego co zobaczyłem. Zaczynam układać zagadkę. Olemo nie spij! Słyszysz mnie?
-Tak! Krzyczysz, więc nie sposób nie usłyszeć- Olema była zła. Przerwał jej sen, był ciekawy. Chciała poznać zakończenie.
-Fionie wiesz co mi się przyśniło?
- A skąd ja mam to wiedzieć.  Teraz staram się rozwiązać zagadkę miejsca, w którym tkwimy.
- Proszę posłuchaj, bo to jest takie dziwne i smutne zarazem- Olema starała się mówić czule. Wiedziała, że nie odmówi jeśli będzie mówiła pieszczotliwie.
- No dobrze… czuję, że musisz podzielić się tym snem, bo inaczej nie przestaniesz marudzić- zaczął śmiać się dobrodusznie. Znał Oleme- była nieustępliwa.
- Zaraz się obrażę. Ja nigdy nie marudziłam i nie lubię jak tak mówisz- Zaczęła prychać, jak zdegustowany kot, który zamiast mleka dostał wodę. Po chwili jednak stwierdziła, że nie ma sensu gniewać się i tak są zdani na siebie.  A sen wydawał się mieć jakieś znaczenie.
-Widziałam jezioro. Pięknie wyglądało wśród skał. Były szare i toporne, ale dzięki nim tafla  nabierała tajemniczego blasku. Zatopiona była jak w srebrnym pierścieniu. Szkliła się metaliczną barwą. Cieniutka  srebrna warstwa pod którą zielona- biała barwa żyła i naznaczała miejsce. Wokół biała plaża z mnóstwem kryształów- były piękne. Gdyby nie obraz kobiety. To musiała być kobieta, miała inną postać niż te ich drugie części. Delikatna w zwiewnym materiale. Ona nie żyła- słyszysz! NIE ŻYŁA! Czerwona ciesz płynęła łącząc się z plażą. Leżała na brzegu, chciała dojść do jeziora. Wydawało mi się, że uciekała. W jeziorze miała poszukać schronienia. Nie zdążyła on ją uderzył.
-  Ta ciecz to krew. Kto ja uderzył? To wygląda mi na jakieś romansidło.  W twojej głowie taki sen?  Zaczynasz czuć jak prawdziwa kobieta. Radzę! Przestań dramatyzować. Pamiętasz,  obserwowaliśmy żeńskie odpowiedniki człowieka. Stale myślały o miłości i zawsze musiała mieć karkołomne zakończenie.
- Nie prawda! Mnie się  podobały, były takie…nie wiem jak to określić. Smutne i piękne, wzbudzały uczucia i potem inaczej wszystko wyglądało.
- Popchnął ją, widocznie miał powód. Nieraz trudno jest zapanować nad reakcją. Jeśli tak marudziła jak ty nieraz, to mógł być gwałtowny.
- Zaczynam rozumieć kobiety. Nie dziwię się, że ciągle tkwią w wymyślonych wymiarach. Przecież z wami nie da się żyć. Sama zaczynam się denerwować, bo odejść od ciebie nie mogę, a nie odpowiadają mi twoje myśli-  na chwile zamilkła, była wściekła. Musiała przeczekać napływ złego humoru.
-Olemciu…Olemko…już dobrze, przecież wiesz , że bez ciebie to ja nie byłbym sobą. Nie wiem co to są uczucia. O nich to ludzie sporo wiedzą, ale jednego jestem pewien. Bez ciebie nie potrafiłbym żyć. Choć nie byłabyś we mnie, to i tak byłbym blisko. Nie wypędziłabyś mnie, bo jestem silniejszy i zawsze wybrałbym życie razem.
- Ja ciebie też- Olema wysłała piękny uśmiech i łagodniejsze spojrzenie. Będę opowiadać dalej. Nie jest tego wiele, bo mnie zbudziłeś, ale może innym razem dowiem się czegoś więcej. Oni szli razem. Strzegł jej i odpowiadał za bezpieczne dotarcie do jeziora.  Ta kobieta myślała, że ma koło siebie nie tylko strażnika , ale mężczyznę, który ją kocha. On ja zdradził. Na czyje polecenie i dlaczego tego nie wiem. Popchnął ją. Upadła! A on …podniósł  i  ponownie rzucił. Była nieprzytomna.  Wziął kawałek skały, leżał tam jakby czekał na niego. Uderzył ją w głowę. Została czerwona dziura . Twarz pokryła krew. Odszedł, zostawił ją na brzegu. Wiedział, że nie żyję. Po chwili jezioro poruszyło się . Niewielka fala przyniosła muszlę. Była biała i miała  w sobie jasność. Dziwne światło , które tliło się jak rozpalona  iskra.
Światło zaczęło iskrzyć coraz mocniej, tworząc biały ogień. Płynął unosił się jak delikatny wiatr. w tym świetle znalazło się ciało. rozpromieniało i zaczęło tworzyć elektryczne spirale. rozpromienione od wewnątrz tworzyło coś na kształt cyborga. Trwało to krótką chwilę i po niej zaczęło się rozpływać, zmieniać strukturę, Fionie ono zniknęło!
-Tak jak my kochanie. Nie wiem czy pamiętasz, ale przeszliśmy na drugą stronę. Nie jesteśmy już razem ze wszystkimi. Inny czas i nowa droga.
-Zaczynam się denerwować, bo to że jesteśmy jest wspaniałe, ale to co teraz się dzieje mnie przeraża, chociaż takie podejście do sytuacji niczego nie rozwiąże i tak jak Ci powiedziałam- Musimy się skoncentrować i przestać bać tego co jest nowe.
-Olemciu nic nie rozumiem i niczego nie wiem.
Nie ma tu nikogo i nie potrafię wyodrębnić kształtów. Nie wiem gdzie jesteśmy i w którą stronę należy iść.
Najlepiej przestać się zastanawiać i skierować się gdziekolwiek. Sytuacja się nie zmieni, bo i tak tkwimy w niej i nie można się wycofać.

Białe przestrzenie znajdujące się pomiędzy pęcherzykami, były stałe. można tak o nich powiedzieć, bo posiadały stałą część podobną do grudek ziemi. Był to rodzaj  przestrzeni po której można było chodzić. Trochę inaczej stąpało się po powierzchni, bo uginała się i pokrywała chodzącego srebrnym światłem. Łuna z różowym blaskiem który gdzie nie gdzie prześwitywał spod srebra otaczającego dwie postacie znajdujące się  w tym momencie w świecie do którego podążali...


   Przejaw rzeczywistości



    

     Lubiła przebywać w tym świecie, gdyby spisała myśli okazałoby się, że powiela Tolkiena.
Nędzniejszy parawan, za którym mogły rozgrywać się powstające wyobrażenia. Tak jednak nie było, tam czekało to czego  szukała- prawie doskonałe  życie. Wymyślone postacie niosły je mając siebie. Nie mogły zdradzać czy unikać kontaktu, to było niemożliwe. Potrzeba bycia kochanym –tego  szuka się od samego urodzenia. W mniejszym lub większym stopniu odczuwa. Pewnie dlatego tak trudno jest poszukać ideału. Zróżnicowano doznawanie i to co ją raniło nie raniło innych. W strefie fantazji czuła się bezpiecznie. Mogła układać sytuacje, tak jak chciała omijając samotność. Otaczała ją grupa wymyślonych istot. Lubiła je- były jej i nikt nie mógł wydrzeć myśli powstających w głowie. Może z wyjątkiem hałasu, który rozgrywał się za jedną ze ścian  biura. Wyjście z luksusowego miejsca, szara konieczność właśnie dobijała się  zmuszając do powrotu.

   - Fredzie co się dzieje, dlaczego tak zimno? – była w płaszczu , bała się zostawić tą ciepłą warstwę. Zaraz po wejściu czuła jak marznie nos i dłonie.
- Nic wielkiego, okres grzewczy dobiega końca, a tak naprawdę to strzelił piec i jest awaria.
- To zrób z tym coś! Lepiej się pospiesz- przybrała nakazujący wyraz.
- Czy nie rozumie pani , że nie będzie cieplej? Nikt mi nie płaci za naprawę. Nie muszę , tylko po to , żeby było ciepło w tyłeczek. Nawet ponętny- przekorny uśmiech rozchylił wargi. Lubił takie sytuacje, gdzie stosuje się flirt słowny. Podnosił poziom adrenaliny, nawet bardziej niż cycate damy spoglądające zaczepnie z kalendarza.  Powiesił go w swojej części budynku. Na każdy miesiąc nowa panienka… coraz bardziej rozebrana. Stroje bikini wymyślono dla facetów, żeby prowokować, ale to akurat lubią kobiety.
- Mogę z tobą dyskutować, nie płace za zimne pomieszczenie, a okres grzewczy mnie nie interesuje, tylko zaokienny termometr. A on do cholery pokazuje, że zima jeszcze sobie szaleje i nie mów, że nie naprawisz- Fred zaczynał się denerwować. Twarz  przybierała wściekły grymas- skoncentrowany w oczach. Zapalały się jak u wilczura na chwilę przed rozszarpaniem natręta. Joanna dalej marudziła nie zwracając uwagi na zdenerwowanego mężczyznę .
 - Opiekujesz się obiektem i to mi wystarczy, żeby wymagać – takie jest życie. Zachowujesz się jakbyś nie znał zasady. Bajki są  tu- przyłożyła palec do głowy. Teraz to twarda rzeczywistość, a ona kopnie jeśli zaraz nie zrobi się cieplej.  Nie mam zamiaru siedzieć w płaszczu do końca czasu pracy.
- Dzisiaj tego nie załatwimy, bo mam swoje problemy, a one nie pozwalają mi na bycie idealistą, pomaganie dla jakiegoś widzimisie. Można wskoczyć w kombinezon roboczy. Do dzieła! Zaczynam odliczać minuty. No dalej paniusiu. Pokaż co potrafisz! Zobaczymy kiedy zrobi się cieplej. Zasada jest jedna- trzeba liczyć na siebie proszę pani- drwiną badał reakcje  zaskoczonej kobiety.
- A nie… zrzucać na drugiego- całą wściekłość przelał mierząc wzrokiem. Miał chęć zamknąć ją w kotłowni i poczekać na końcowy efekt.
- Zachowujesz się jak filozof, z rodzaju tych, co zamiast poczuć jabłko, to zderzyli się ze stadem os. Tak źle nie jest, zawsze można wpaść głębiej- Prowokowała, atakując słowami. Jakby chciała rozgrzać się dyskusją. Powiedz co przysiadło na duszyczce. Kolor czarny jest dobry, wcale nie trzeba się go bać. Może zrobi się raźniej -cudze problemy pomagają. Od wieków uwielbialiśmy krwawe igrzyska ,nie jestem wyjątkiem. Dalej podziel się zmartwieniami. Nie tylko mnie zaczepiają  bure chmury- Fred stał zły i milczący. Trzeba było napracować się , żeby wycisnąć odpowiedź.
-Jestem prawie bezdomny. Przed świętami przyszła ekipa inspektorów budowlanych. Do czynszowego budynku, w którym mieszkam - postanowiła zamknąć dom.  Szczyt wypada, wszystko runie.
- Nareszcie powiało optymizmem, tylko zapomniałeś, że nie mogą tak cię zostawić i to z całą rodziną. Jakieś mieszkanie zastępcze należy się  nawet w dobie dzikiego kapitalizmu.
- Głupie gadanie, teraz nic się nie należy. Musiałabyś widzieć jak cieli dywany , odstawiali meble. Umacniali ściany i  podłogi metalowymi sztabami na chwilę przed świętami.
- Dziwoląg jesteś. Nie rozumiesz, że tak musieli zrobić, chyba  że zamiast zajączka chcieliście otrzymać przestronny kopczyk z wyjściem namalowanym przez zasypanego artystę- Przez chwilę  Fred uśmiechał się, rozbawiła go cała ta sytuacja wynikła z wrodzonej przekory.
- Przedtem nie mogliście zgłosić do burmistrza, że ściana pęka?- dopiero jak nieszczęście to wszyscy zaskoczeni.
- Niech pani przestanie filozofować. Tak najłatwiej, jak się siedzi w cieplutkim i całym domku.
- Tak, w Polsce myśli się dopiero po fakcie, to taki nasz zwyczaj narodowy- debatowała dalej. Miała teraz okazję przelać swoją złość, bo też miała już dość tych potknięć wynikających z źle ustanowionego prawa i ogólnego burdelu.
-Znasz to… co ci przyniesie zajączek: raz …dwa, trzy…  W koszyczku wilka, bo owieczki to w naszym bałaganie towar deficytowy ha ha ha ha.  Trzeba umieć się śmiać nawet z samych siebie. To właśnie jest podstawa udanej egzystencji. A wilki są pod ochroną, więc się przyzwyczaj do sytuacji. Zamiast labiedzić zacznij działać. Jak się urodziłeś mężczyzną , to nie tylko na kalendarz patrz( wskazała wzrokiem wielkie DD zawieszone w pasiastym staniczku).  Przy okazji - nareszcie zaczynamy mówić sobie na ty w dwie strony. Ten poprzedni układ trochę mnie krępował.
-Nie proszę pani już raz ustaliłem, że do mnie proszę zwracać się Fredzie , a ja i tak przez ,,pani” będę zawracał głowę. Aaaa…- to było tylko małe przejęzyczenie- Zadziorne spojrzenie w tej chwili miało szyderczy wyraz .
     Rozmowa wprawiła Joannę w bardziej melancholijny nastrój. Pozostawało nieszczęście ludzi, którzy lada chwila mogli zostać bez dachu nad głową. Najdziwniejsze było to, że ściana pękała już od dawna- powód prosty. Pobliska jezdnia, Tiry przekraczające prędkość. Nikt nie zwracał uwagi na obowiązek 20 km na godzinę. Pamiętała jak Fred mówił kiedyś, że dzwonił zawiadamiając policje. Nie zareagowali, nie sprawdzili w porę.
 
                                                                   *  *   *

     Coraz częściej wracała do swojego świata. Nie potrafiła nałożyć warstwy ochronnej, takiej grubej skóry. Większość ludzi dawno to zrobiła. W okresie dzieciństwa nauczyli się pokrywać pancerzem i to bardzo szczelnym. Ona nie umiała. Do tego ta śmierć smarkacza- kiedyś się  nim opiekowała. Może zawaliła sprawę? – obraz dziecka wracał. Zawsze był złośliwy i odpychający. Większość osób mających z nim styczność narzekała na jego zachowanie. To były pozory, Michał był prawdziwym nieszczęśnikiem. Jak nie ma się rozumu, to chociaż  postawę lub buzię jak malowaną. U niego  był deficyt na wszystko. Mały, chudy z odpychającą twarzą. Bieda wycisnęła piętno. Nie miał ubrania, w zimie chodził  w tenisówkach i cienkiej bluzie. Zawsze spoglądał przez zbite okulary, bo nie miał pieniędzy na naprawę jednego ze szkieł. W połowie wypadło i tylko przez pozostałą cześć można było patrzeć, a to powodowało dziwny obieg gałki ocznej.
Bliskie spotkanie ludzkich natur nastąpiło. Wtedy pracowała w szkole, opiekowała się stołówką. Jeden obiad mogła przydzielić , zawsze zostawało jedzenie. Nie zgłaszano w porę o nieobecności i nie sposób było policzyć porcji.
   - Michał!- złapała go za rękę i ustawiła pierwszego w kolejce, która  zaczęła się  tworzyć.
- Nie, ja dzisiaj już jadłem, nie chcę tu stać- przejaw buntu uzewnętrznił się wyjściem poza.
Wracaj, chciałam, żebyś mi trochę pomógł przypilnować wchodzących. Zobacz jak się pchają, sama nie dam rady. Potem zjesz obiad. Za to należy się zapłata- uśmiechnęła się do zaskoczonego chłopca.
      Rozpoczęła się pomoc do której przyłączyła się Magda. Była jej przyjaciółką i chętnie pomagała. Miło było przygotowywać paczki na święta i opiekować się nim. Zaczął się zmieniać. Jak poczwarka, która wychodzi z kokonu. Stawał się inny, bardziej ufny i przyjazny. Po ukończeniu gimnazjum postarała się, żeby w szkole zawodowej zainteresowano się nim. Trafił pod skrzydła kucharek więc całkiem nieźle. To już prosta droga. Zawód , potem praca- może jeszcze będzie trudno, ale powinien sobie poradzić. To były optymistyczne myśli, które  dały pewność, że musi być dobrze. Czarny odcień lubi jednak dominować, przekonała się po paru latach. Kiedy wracała do domu, przywitała ją informacja.
     - Mamo Michał się powiesił!- Basia znała go, kiedyś przyszedł, pożyczyć rower i został w pamięci córki.
- Jak to się stało? Co się stało- łzy napłynęły do oczu. W myślach pojawił się obraz chłopca. Bladego, chudego patrzącego przez wąskie szkiełko zbitych okularów.
    Jak dociec prawdy teraz, zabrał ją ze sobą. Może sytuacja w której się znalazł popchnęła, albo coś innego. To wie tylko on , jeszcze ci co czekają po drugiej stronie. Jeśli błękitny obraz ma prawdziwy wymiar.
     Po tygodniu dowiedziała się, że miał spore kłopoty. Pobito go i trafił do szpitala. Nie miał pracy więc musiał zapłacić za pobyt, tylko z czego jeśli nie mógł liczyć na rodzinę. Nawet w dzień pogrzebu stali przy sklepie opijając nieszczęście.
Równowagę trudno utrzymać. Tak jak w dobie, gdy kostnieje wszystko- zwiększa się ilość czerni. W życiu granica zależy od dużej grupy osób. Zapanować nad uczuciami nawet Bóg nie potrafi. Może obraz krzyża, na krótką chwilę wywołuje trzęsienie ziemi. Stajemy dławiąc się na smutkiem. Za chwilę zapominamy i cieszymy się nowymi godzinami.



        * * *


    Ostre słońce kolorowało nadchodzące godziny. Spiesznym krokiem szła w kierunku budynku, w którym miała biuro. Nie chciała spóźnić się do pracy. Na powitanie wyszedł Fred z roześmianą miną.
- witam piękną panią, jak minęła noc. Po podkrążonych oczach wnioskuje, że za wiele myśli uciskało mózg.
- Jakbyś zgadł, ale co zrobić jeśli łapią serce i za diabła nie chcą puścić. Nawet męska kołysanka nie pomorze- kpiący wyraz oczu zatrzymał się na jego spojrzeniu. Które teraz porozumiewawczo mrugało.
   Myśli, że tylko on ma kłopoty. Każdy niesie swój bagaż, a nieraz jest za wiele w nim kamieni. Nie strawione sytuacje odkładają się, później wraca się do nich. Jak tylko cisza okrywa wieczór. Sen spędzała firma- powierzona jej rozumowi. Tyle wysiłku, zaangażowania, a tu klapa. Za bardzo ufała , chociaż tak naprawdę  zostawiono samą. Jak tu rozkręcać biznes jeśli wokoło wyczekują hieny. Zatrzymały się na chwilę i czekają na żer. Miała swojego doradcę technicznego. Miał pomagać - nawet obiecał szefowi, że jest obeznany z sytuacją w Polsce. Cygański wygląd technika skłaniał do określenia natury. Tak myślała , ale przecież wszyscy jesteśmy równi. Więc nie zwracała uwagi na czerwone światełko, zapalające się zawsze wtedy kiedy był milutki i obiecywał, że wszystko potrafi. Na początek zrzucił na nią swoje obowiązki, a potem wymagał żeby dokonywała cudów.  Nie zauważyła , że pracuje za niego. Starła się wytłumaczyć dyrektorowi, który prowadził macierzystą firmę. Prosiła o pomoc, ale … w naszych czasach nie można zejść nawet na chwile ze swojej drogi, bo jak się ją opuści to przejmują inni. Szczególnie jak zdążyliśmy odchwaścić i nałożyć wygodniejszą nawierzchnię. Pamiętała jak powiedział, kiedy się żaliła- dopadł ją smutek i traciła wiarę  w rozwój - Coś ty myślała! Dałem ci wędkę. Jedyna metoda to nauka od podszewki. Trzeba  samodzielnie łowić ryby. Prywatny interes rozgrywasz w pojedynkę. Nad tym myślała, kiedy do pokoju wtargnął Fred bardzo uradowany.
    - Dostaję przydział i to jeszcze jaki- szelmowski uśmiech rozświetlał mu twarz.
- Przydział?- czyżby kartki na mięso wróciły- Lubiła złośliwości, w taki sposób zaczynała bronić wrażliwej natury.
- Właśnie na mięsko i to młodziutkie , smaczne. Gestem pokazywał kalendarz.
-Czyżby kolejne zdjęcia w negliżu, bardzo ponętnych kobiet?
- Nie tym razem, to będzie żywa panienka, mam nadzieje, ze będę mógł cieszyć zmysły obfitymi kształtami. Moja szefowa dzwoniła i powiedziała, że dostane dziewczynę do pomocy. Ma się zgłosić z kuroniówki. Wyobraźnia działa. Już ją widzę jak się opala, w stroju Ewy. Na trawie którą dla niej przystrzygę. Patrzeć…patrzeć( zaczął się namiętnie oblizywać) i tak na odległość dotykać- w odpowiedni sposób zaczął przebierać palcami udając kobiece uwypuklenia.
    Są jak dzieci-pomyślała. Pozostaną nimi do końca życia. Tacy silni od zawsze ryzykowali nadstawiając kark. Wojny, łowy, albo zdobywanie niezdobytego. Twardzi - tacy skalni. Nieraz z łapskami niedźwiedzia. Mali chłopcy trzymający w ręku sznurek przywiązany do lokomotywy. Tylko, że za przejazd ciuchci i to bezpieczny zawsze odpowiadała kobieta. Nie jest ofiarą, to byłoby dramatyczne, pokryte warstewką oskarżeń. Podzielono rolę, trzeba się z tym pogodzić, bo oskarżanie pogarsza sytuacje.
    Myślenie to jak galop szczególnie w takiej sytuacji. Joanna znała biedę, nigdy nie było lekko. Zwłaszcza w czasie socjalizmu. Równy podział oznaczał patrzenie na obrazy, które zawieszono na takiej wysokości, do której zwykły śmiertelnik nie miał dostępu. Po cichu, tych bliżej koryta wpuszczano i dostawali lepsze części. Dla nich było, a innym wciskano zastępcze kartki, które można było zrealizować stojąc przez wiele godzin w kolejkach. Uśmiech na wspomnienie porcji mięsa . Najgorzej miała matka, bo to ona obowiązkowo zaliczała ogonki. Jej został krótki okres, kiedy dorosła do roli żony. Po zmianach zniesiono przydział - weszła w nowe czasy. Teraz rozmyślała jak to będzie. Bez pracy i zabezpieczenia. W zeszłym roku skończyło się. Dostała od rodziców pieniądze, chcieli jej ułatwić życie. Mogła polecieć do Egiptu, tak ją tam zawsze ciągnęło. Jakieś pozostałości w mózgu. Trudno wytłumaczyć niezrozumiale odczucia. Nie była tam nigdy, a czuła jakby należała do tamtej, nie do tej ziemi. Nie poleciała, wolała ciszę, zamiast awantur. Dodawała pieniądze do codziennych wydatków. Łatwiej mijały godziny.
    Nie układało się w małżeństwie. Zaraz w pierwszym roku dostrzegła- mieli wmontowane nie pasujące magnesy. Oskarżać …to powielać setki podobnych wywodów. Wolała grubą kreskę lub okrągły stół. Zostawić żale, postarać się ułożyć życie bez niego.  Stukot myśli coraz większy. Jak sobie teraz poradzi, chciała uporządkować wszystko. A tu najpierw strata jednej pracy, teraz druga. Po co komu firma, która właśnie ulega rozkładowi. Sama doradzi  zamknięcie. Nie jest potrzebna, a płacić za siedzenie - to bez sensu.
     Miała dosyć walki o następny dzień. Rosnący syn też zaczynał denerwować. Jego bunt i spodnie, Taki niby zwykły zakup. Teraz będzie stanowił problem. Co miesiąc parę centymetrów i wymiana odzieży. Nie mógł chodzić w za krótkich. Zła była, jakby nie mógł rosnąć systematycznie. Musiał inaczej! Mały, mały … parę centymetrów w jednym miesiącu.
            
                                                                       * * *


     Złote promienie rozświetlały nastrój. Wiosna łagodzi wszystko. Świeży powiew i ta zieleń wychylająca się z każdego zakamarka. Kwiaty pięknie rozkwitły, żonkile- dorodna odmiana, aż ciężka od nadmiaru żółtego koloru. Delikatny zapach potrafił zawrócić w głowie.  Skrywał tajemnice, wiarę w to czego nie znała. Należała do tych kobiet, które nie trafiły na miłość. Przestawały wierzyć, że coś takiego istnieje. Nie potrafiła jednak zaakceptować rozumowania swojego znajomego. Można się przyjaźnić z mężczyzną wbrew panującej opinii.   
-Tego nie ma-  zapewniał Kajt- Bierz przykład ze mnie. Siedzę samotnie i jest mi wygodnie. Nie oczekuję od nikogo za wiele, nie czekam na cuda. Żałuję zwierzęta, bo im nie dano rozumu. Często są  zabawkami. A człowieka?- jak fajtłapa to jego wina. Miłość- wybij sobie z głowy! Od osiemnastki zaczynamy studiować tą dziedzinę. Zdany egzamin  to zaprzeczenie teorii istnienia. Tłumaczy ci to żołnierz Legi Cudzoziemskiej. Szczęśliwy, nie czekający na fantazję.  Wolę moje ,,lalunie”. Nacieszymy się sobą omijając uczucia.
- Kaj, dlatego tylko się przyjaźnimy  i nawet jakbyś czarów użył, to  ,,lalunią” nie zostanę- zaczęli się razem śmiać. Wiedzieli, że nic więcej łączyć ich nie będzie. Za to dobrze było razem powyłupiać się lub toczyć rozmowy. Nieraz na skeypie, bo to był rodzaj wiercipięty , nigdy nie było wiadomo gdzie poniesie go natura.
    Przystojny, nawet bardzo. Niejednej ,,biduli” mógł zawrócić w głowie. Popełniłaby błąd, jeśli zakochałaby się i zaczęła marzyć o związku. Świetny był jako rozmówca, ale do roli męża nie pasował i nie chciał żyć w stałym związku. Joanna nigdy nie zwracała uwagi na walory zewnętrzne wiec nie robił wrażenia i pozostawał w odpowiedniej odległości.
    Lubiła jego opowieści, dużo podróżował i mógł godzinami opisywać zakamarki świata.  Kiedyś był w Dżibuti we wschodniej Afryce, widział to co ją interesowało. Jezioro Assal, słone, tajemnicze.   Znała je od dziecka. Pojawiło się kiedyś we śnie.  Zastygła szmaragdowa tafla z białym brzegiem rażącym oczy. Biel plaży i czerń nocy. Było ciemno, a ona widziała. Wokół wulkaniczne góry otaczały pustkę. Była sama, towarzyszyło uczucie- jakby już nikogo nie było. Została ona i ta woda. Nad głową trzymała muszlę. Po jakie licho- tego nie wiedziała . Bzdurny sen, ale wdarł się do świadomości i pozostawał. Pamiętała to miejsce przez wiele lat. Nie potrafiła zidentyfikować, aż do powrotu Kaja. Przywiózł solną różę i zdjęcia. Kiedy je pokazywał zesztywniała. To było to. Przypomniała sobie dokładnie. Była tam! Tylko kiedy, gdzie? Teraz miała zagadkę, której mogła nigdy nie rozwiązać.  Zrzucić na fanaberie umysłu. Podczas snu wszystko dozwolone. Mózg potrafi, jak w kalejdoskopie tworzyć obrazy. Wykorzystuje fragmenty różnych sytuacji. Dziwne miejsca powstają same , a my przypisujemy do nich cale historie. Lepiej to tak tłumaczyć. Chociaż zostało w niej cos niedokończonego. Miała poszukać rozwiązania. Jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy.





         * * *

     Maki rosły w strefie awaryjnej. Czerwone płatki… uczucia- muśnięcia  wilgotnych warg. Zostało w niej wiele z kobiecego  instynktu.  W takich chwilach była sobą - tajemnicą do której sięgał  w przypływie bliskości. Mogli kochać się wiele godzin, tak dobrze było im razem. Nie zwracali uwagi na zmieniający się obraz Księżyca. Ranek zastawał  rozgrzanych, spoconych, wtulonych w siebie.
    Nie myślała, że  można przywołać drugą młodość- spełniła się chociaż nie czekała na nią. Nie kłamała wtórując Kajowi-  uczucia to zabawa dla nieodpowiedzialnych.
- Asiu nie ma czegoś takiego jak miłość. Do diabła! Jest chemia- wszystko to chemia.
- Właściwie okrutniku to masz rację- myślała wtedy. 
     Wiosna nie rozpieszczała.  Chłodny wiatr docierał nawet przez ściany. Za oknem forsycje-  złoty deszcz opadał na pobliską trawę. Joanna myślała o makach. Rozgrzewała się nimi, jak herbatą z rumem. Pomagały w zimnych godzinach. Przyjemne  ciepło rozchodziło się pod skórą- wspomnienie dotyku dłoni. Zsuwały się po ciele , pieszczotliwie gładząc. Cieszyły się każdym odkrywanym zakamarkiem. Nie mogły nasycić się bliskością- Muskały piersi,  brzuch, chwytały biodra.
     Czy to miłość?- trudno określić. Bała się tego słowa.  Tak łatwo ulec emocjom ,okaleczyć samego siebie nadając wyraz obietnicy.  Powiedział, że ją kocha,  słyszała  już to , a potem …słowo traciło znaczenie. Swoich uczuć mogła być pewna- wiedziała co czuje, a drugiego człowieka?- z tym zawsze jest kłopot -pomyślała.
- Zwiewne płatki, delikatność niesiona podmuchem wiatru-  Przypominała sobie ciepły wieczór i pole rozścielone tuż przy kolanach -ładnie wyglądała. Opalona skóra złociła się w promieniach zachodzącego słońca. W krótkiej dżinsowej sukience wyglądała pociągająco. Za nią stał Piotr- silny mężczyzna o wrażliwym usposobieniu. Spore ciało  dano mu do obrony. Nikt nie przypuszczałby, ile jest wrażliwości w tak potężnym człowieku. Tworzył Niezły kontrast z kruchością jej ciała.  Calineczka- tak często ją określał. Przypomniała sobie dobroduszny uśmiech Magdy, kiedy zobaczyła ich razem.
- Aśka , ale fajnie wyglądacie - Ty takie maleństwo, a on to ,, kawał chłopa”. Nie połamię Cię? … wiesz o czym myślę- tajemniczy uśmiech przyjaciółki, prowokował do zwierzeń.
- Chciałabyś dowiedzieć się więcej? Nic z tego! Powstałby słodki lukier, a nie będę dzielić się smakołykami. To jest tylko dla nas!-  nie lubiła zwierzać  się i opowiadać o sobie.
    Kłopoty Freda wyrwały ze snów- miło rozchodzących się pod skórą. Wspominanie wchłaniało zimno i nie pozwalał czuć samotności.
     - Ja chyba się powieszę- wszedł mając w oczach łzy.
- Co się stało? – Joanna przestraszyła się widząc go w takim stanie.  Bała się, że naprawdę weźmie sznurek i na jakieś gałęzi zawiśnie. W ostatnim czasie rozgrywały się dziwne sytuacje. Jak podczas wielkiego krachu w USA. Tam chodziło o pieniądze, tracono całe majątki. W Polsce o dusze- można było tak pomyśleć,  analizując samobójstwa dzieciaków i śmierć, która szerzyła się niespodziewanie. Właśnie w radiu podano informacje o następnym zejściu. Zamieszana w kombinacje polityczne kobieta - wolała nabój niż to dalej. Śmierć i miłość pasuje do obrazu róży, która dostajemy w prezencie. Musi być czerwona, namiętna i boli wbijając kolce. Jak zamkniecie oczu kiedy jest za wcześnie. Melodramatyczne myśli, kiczowate -tak powiedziałby teraz krytyk- Debatowała sama ze sobą. -Twardo stąpający po ziemi, tylko on  nie zwróciliby uwagi , że ktoś umarł- pomyślała -Obwiniała ogólnie nie myśląc o konkretnej osobie.
    - Fred siedział obok,- był nieobecny. Po policzku toczył się  smutek-gęste smugi łez.
- Co się dzieje? Powiedz!- dla dodania odwagi złapała go za rękę.
- Nie mam już sił, całe życie to jak wysypisko śmieci- uciekł, gdzieś daleko, jakby szukał wspomnień.
- Nikomu nie jest łatwo. Jedni mają za wiele i szukają nie znalezionego. Inni mają pod wiatr i całe rozszarpane życie. Nic nie poradzisz trzeba przyjąć to co jest, cieszyć się. Jakieś dalej zapala światło za horyzontem.
-Mam przyjąć to mieszkanie co mi proponują? – Zapleśniałe, stęchłe i nie do użytku.
- Tak źle wygląda? A może chociaż jest duże i po remoncie będziesz miał salony- uśmiechem starła się rozładować sytuacje.
- Mniejsze od tego co miałem, bo to tylko jeden pokój. Nie wiem gdzie teraz pomieszczę meble.
- To, tylko tymczasowo. Pomyśl, że jesteś na wakacjach i taki przydzielono ci apartament. Piękna pogoda będzie dopisywać, przecież blisko do lata- Wytrzymasz już nie udawaj, że jesteś słaby. Przy pierwszym problemie załamujesz się?
- Słaby? Przeżyj najpierw to co ja i oceniaj moc charakteru. W życiorysie dominował kolor czarny, a prześwity to ja miałem, jak ci na górze się pomylili- szyderczy uśmiech mieszał się teraz ze smutkiem.
- Dostaniesz mieszkanie. Te ,to na chwilę, tylko dla bezpieczeństwa napisz pismo w którym prosisz o godne warunki do zamieszkania- nie zapomnij, żeby podpisano.
     Fred lubił rozmawiać z Joanną miała dziwną umiejętność. Jej głos i sposób myślenia potrafił zdziałać cuda. Ludzie lubili powierzać jej swoje tajemnice– zrzucali smutek, mogli  iść dalej. Miała artystyczną duszę-  malowała obrazy. Kochała to, mogła zamknąć się w pracowni i spędzać tam wszystkie godziny wolnego czasu. Obrazy często zdobiły galerie. Tak poznała Piotra. Na jednej z wystaw, gdzie podziwiał jej zimowe pejzaże. Śnieg z niebieskim odcieniem szklił się na płótnach, a za oknem miękko okrywał drzewa i ścieżkę prowadząca do pałacu. To była najpiękniejsza wystawa. Pałac nad jeziorem otoczony sosnami. Podszedł z uśmiechem- jeszcze nie widziała, żeby ktoś tak pięknie się uśmiechał. Miękkie wargi i delikatność wzroku- to ją ujęło. Nie miała oporów, żeby rozpoczętą rozmowę , ciągnąć ją dalej w życiu. Sama nie wiedziała, co razem stworzą. Czy uda się kochać siebie?  Nie zgubią nitki, która połączyła drogi? Nieraz …wątpiła- wokół tyle zła, a akurat ona miała przeżyć miłość  i to prawdziwą. Miała zamieszkać w jej sercu na stałe i dać radość.
      Ile myśli można przemycić podczas słuchania lub wypełniania pism, które robi się stereotypowo- właśnie przygotowywała dokumenty dla księgowej. Łatwa praca zwłaszcza jeśli już nieraz to robiła. Mózg pracuje osobno, penetruje obszary przeżyte lub wyprzedza to co może się zdarzyć. Teraz tłumaczył zmagania wewnętrzne: Fred i jego nieszczęścia,  miłość której się bała. Najgorzej jak zna się wiele ludzkich natur. Nieraz traci się wiarę w człowieka. Piotr, wiedziała, że jest wspaniały i mogła mu ufać. Inni ludzie- tyle jest w nich z istot, którym nie można nadać wymiaru. Po drodze gubią siebie, przestają mieć kształt. Już nie pali się w nich to samo światełko, które ciepło rozgrzewało. Nadawało łagodny wyraz. Niszczą siebie, wykrzywiają , a potem nie wiadomo z czym się ma doczynienia .Przypomniała sobie człowieka, który miał kaprys podzielenia się tym co robił. Zapukał na GG. Rzadko otwierała taki sposób komunikatora, ale nieraz pisały koleżanki i od czasu do czasu starła się im towarzyszyć. Zaczepił tradycyjnie: witaj, skąd jesteś?- tekst ozdobiony różyczką i uśmiechem. Tak popularny, że nudny. Nie odpowiedziała za pierwszym razem. Po co męczyć siebie i rozmawiać w mało interesujący sposób : ,,cześć”, jak spędziłaś dzień?, skąd jesteś?.... Zaczął opowiadać o tym co robi- człowiek ma potrzebę akceptacji, tylko jak zrozumieć coś nienormalnego.
-Lubisz się kochać?- zapytał bez żadnego skrępowania.
-Tak, jak każdy zdrowy człowiek. Jeśli kogoś się kocha to trzeba czuć , że to nie jest zjawa.  Uczucia materializują się w postaci osoby, którą wybraliśmy.
- Ale filozofujesz. Lubisz to? Tak, czy nie?- starł się zachęcić do rozmów niekontrolowanych.
-Lubię, ale tylko z mężczyzną, którego darzę uczuciem- czuła, że będzie starł się nawiązać intymną znajomość. Nie chciała i nie akceptowała internetowych,, pogaduszek” z cyklu – ,,monitorowa miłość”.
- Ja lubię się kochać, jestem długowłosy- wiesz kim są długowłosi?
-Tak hipisi, którzy prowadzą swobodny tryb życia- wyobrażała sobie w tej chwili mężczyznę w luźnej koszuli z przepaską na jasnych włosach.
- Ha, ha, ha- uśmieszki pojawiły się na ekranie.
- Z czego się śmiejesz? -zdziwienie wtargnęło w myśli Joanny.
- Zupełnie nie w tym kierunku- przewrotna żółta buźka toczyła się od linijki do linijki.
- Długowłosy, to poszukiwany ,, facet”…dobrze obdarzony, nad wymiarowo.
-Chcesz sprawdzić? Mogę zademonstrować mój rozmiar. Hrabina jest zadowolona i mówi, że takiego jeszcze nie widziała.
-Hrabina? -To twoja kochanka?
- Nie to kobieta, która szuka takich mężczyzn jak ja, a potem pilnuje- wysłał śmiejące się buźki z pokaźnym ,,cmok”.
- Nie interesuje mnie to co mówisz. Lubisz zaczepiać i prowokować dziwne sytuacje? Była wściekła na siebie. Po co odpowiedziała wariatowi, ale ciekawość to cecha, której trudno się oprzeć.
-Nieraz chcę porozmawiać z druga osobą, nie wiem …chyba każdy człowiek lubi rozmowę.
-Tak, ale na normalny temat, a nie wypytuje o intymne miejsca i jeszcze czerpie z tego przyjemność, zachęca do zwierzeń.
-To nie tak, jak w tej chwili myślisz. Robię coś złego, ale nie umiem się od tego uwolnić. Lubię ! To jest gorsze od narkotyku, bo z tego nie można się wyleczyć.
-Jesteś erotomanem i masowo podrywasz kobiety?- naiwne pytanie miało zachęcić do opisania tego, co sprawiało mu przyjemność.
-Chcesz wiedzieć co robię? – Jesteś pewna, ze potrafisz wysłuchać takich zwierzeń? Gwarantuję, że będziesz żałowała i to jest niebezpieczne.
- Teraz to chcę wiedzieć, bo co może być niebezpiecznego w tego typu wiadomościach. AIDS mnie nie zarazisz. Nigdy nie spotkam się  z Tobą i kontynuować rozmów dalszych nie będę. Taki mam zwyczaj. Nie zawieram w Internecie znajomości, są nieodpowiedzialne, przesiąknięte fabryką marzeń.
- Ja też nie. Chcę, tylko porozmawiać - to mi wystarczy. Nie Nadajesz się do sexsu ze mną. Wyczuwam ciepłą kobietę, która ma prawdziwe serce, a ja takich nie lubię.
- Mną  się pomiata, bije. Dobrze mi jak udaję psa, albo kona. Jedna z moich kochanek brała mnie do stajni, zaprzęgała, okładała pejczem- było wspaniale.
- Ty jesteś chory. Potrzebujesz porady psychiatrycznej- zamarła za ekranem komputera. To była czarna strefa ludzi.
-Chory? Nie! Tak lubię się kochać. Z głową w klozecie też,, lądowałem” i powiem, że było doskonale.
- Jesteś przepadkiem klinicznym , powinieneś się leczyć. Masz rodzinę? Dzieci?
-Tak mam żonę i syna, ale nigdy nie dowiedzą się o moich upodobaniach. Trzymam to w tajemnicy. Może …musze zwierzyć  się ,komuś takiemu jak ty-anonimowo.
-Jak można tak robić? - Krzywdzisz siebie i rodzinę- wstręt przeszywał Joannę. Dreszcze obrzydzenia wystąpiły w postaci gęsiej skóry.
- Nie mogę się od tego uwolnić, bo to sprawia mi przyjemność. Nie tylko mnie. Hrabina włączyła mnie do programu dla znudzonych mężczyzn z pieniędzmi. To jest dopiero ,,frajda”. Znikam w sobotę i niedzielę. Co dwa tygodnie przyjeżdżam w umówione miejsce.
-  W co Ty człowieku się pakujesz? – wystraszona nie wiedziała, czy przerwać rozmowę, czy uczestniczyć dalej, ale ciekawość zwyciężyła.
- Tam mnie zamykają, czekam na nich. Przyjeżdżają. Ja jestem w klatce. Potem smarują mnie czekoladą- jestem nagi. Wpuszczają wilczury… zaczynają mnie lizać. Widzę podniecone oczy tych mężczyzn i siebie…jestem zadowolony, czuję spełnienie. Nareszcie przeżywam orgazm. Nie zrozumiesz tego. Ja nie biorę za to pieniędzy. Dają Hrabinie, bo to ona prowadzi  ,,interes”- ja z tego czerpie tylko przyjemność.
Joanna gwałtownym ruchem wyłączyła komunikator. Nie mogła pomóc. Czarna strona ludzkiej natury w tym przypadku mogła jej zaszkodzić. Są ludzie nad którymi nie można się litować. Rozmyślała nad uczuciami. Tyle jest kolorów, a niektóre przerażają. Skąd biorą się te złe? Może za wiele w nas znudzenia? Szukamy czegoś nowego. Zatracamy granice człowieczeństwa. Potem nie ma już nic z nas samych. Zostaje wstręt i brak nazwy dla istoty, która miała być człowiekiem.

............

Otworzyła okno, budzące się słońce rozjaśniało skrawek zieleni. Płatki krokusów, które rozkwitły, bo zbliżała się wiosna miały złotawy odcień. Niebo w szaro niebieskim kolorze, częsty odcień w tym rejonie Ziemi rozświetlone złotawo czerwoną łuną. Anglia kraj krasnali tak o nim pomyślała stawiając pierwsze kroki. Minęło parę lat od chwili tych rozmyślań, które zostawiła zapisane, coś w rodzaju być i mieć. Tu żyła inaczej, nie ważne jest poszukiwanie wielkości  odczuwania  tylko codziennie tworzenie swoistego   talizmanu. Wszystko i nic to jest teoria bezwzględności. Można narzekać na ciężkość, wyliczać ile balastru codziennie odbiera radość wstawania. Po co myśleć o zbyt ciężkim poruszaniu się po drodze , która toczy się jak okrągły kamień i tak do końca. Dziwna umiejętność umartwiania się - mam ciężko inni maja lżej,ile musiałam wycierpieć. Jak ludzie lubią chwalić się taką wyliczanką: co musiałam przejść w swoim życiu. Prawda jest taka, że nikt nie wie jak żyje ktoś inny. Z taką myślą zaczęła ubierać przygotowany wcześniej zestaw ,nucąc stary przebój pasujący do nieco ponurego koloru nieba...happy happy people...
Lubiła dobierać barwy, nie zawsze był czas na malowanie obrazów. Codzienne stroje były szybkim szkicem nastroju lub chęci na wybrane kolory-poprawiały samopoczucie. Były swoistym wytłumaczenie braku czasu na dawne zainteresowania. Umiejętności artystyczne tkwiły wewnątrz i dopominały się stukając -upominały, a nawet krzyczały. Nie zdążysz, a  my tu tkwimy bez wyjścia. Dziwne jest to, że bycie takim człowiekiem zmusza do żałowania jeśli nie pracuję się nad nawet malutkim talentem, a miała ich trochę. Niezła wyliczanka i nie wiadomo było , który wybrać. Popatrzyłam na spodnie w beżowo fioletową kratę i płaszczyk w odcieniu jasnego beżu. Ładny zestaw, nie zrezygnuję z niego szybko- pomyślała. Z takim nastawieniem wyszła kierując się w stronę zielonej linii metra. Przyjemne rozmyślania zapoczątkowane poranną zorzą, i krokusami zepsuł stop! Metro zatrzymało się w tym miejscu, z którego dalszy dojazd nie należał do najłatwiejszych.  Zaczęła się poruszać, bo nagle siedzenie było niewygodne, płaszcz przeszkadzał i w krótkim czasie stała się nerwowa. Nie wiadomo co było robić, siedzieć i czekać, czy szybkim krokiem kierować się w stronę najbliższego przystanku.  Jak wszyscy zaczną wychodzić z pociągu to nie dostanie się do autobusu, bo większość ludzi jedzie do pracy i nie tylko ona chce przyjechać punktualnie. Wstała i pośpiesznie opuściła stacje. W oddali został tłum ludzi podążający do tego samego miejsca, Wtedy pomyślała o statystyce i ostatnio  czytanej powieści. Jest nas zbyt wielu, okrutne, ale nie można podważyć tego co widać nawet bez obliczeń statystycznych. Wirus z powieści redukujący ludzi przez bezpłodność u niektórych stał się dobrym pomysłem na ułatwienie egzystencji.
-kurwa słyszysz, kurwa -dobiegało z drugiej strony ulicy
-kurwa, wiesz co oni kurwa robili, kurwa- wydzierał się głos
-kurwa co ja tutaj robię, kurwa- trochę się oddalił, bo przeszedł na drugą stronę
Chciała mu odkrzyknąć, a pamiętasz  piosenkę co ja tutaj robię...nie musisz być, możesz wracać. Wstyd przyznawać się , że go rozumiem. Już spalił wizerunek kurwa.
Poni, zostawiłam ich po przejściu. Srebrno białe światło, energia życia tam. Bez hałasu wydawanego tu.


No comments:

Post a Comment