Wednesday, 11 March 2015

Przejaw rzeczywistości ciąg dalszy...


Otworzyła okno, budzące się słońce rozjaśniało skrawek zieleni. Płatki krokusów, które rozkwitły, bo zbliżała się wiosna miały złotawy odcień. Niebo w szaro -niebieskim kolorze, częsty odcień w tym rejonie Ziemi rozświetlone czerwoną łuną. Anglia kraj krasnali tak o nim pomyślała stawiając pierwsze kroki. Minęło parę lat od chwili tych rozmyślań, które zostawiła zapisane, coś w rodzaju być i mieć. Tu żyła inaczej, nieważne jest poszukiwanie wielkości odczuwania tylko codziennie tworzenie swoistego talizmanu. Wszystko i nic to jest teoria bezwzględności. Można narzekać na ciężkość, wyliczać ile balastu codziennie odbiera radość wstawania. Po co myśleć o zbyt ciężkim poruszaniu się po drodze, która toczy się jak okrągły kamień i tak do końca. Dziwna umiejętność umartwiania się-mam ciężko inni mają lżej, ile musiałam wycierpieć. Jak ludzie lubią chwalić się taką wyliczanką: co musiałam przejść w swoim życiu. Prawda jest taka, że nikt nie wie jak żyje ktoś inny. Z taką myślą zaczęła ubierać przygotowany wcześniej zestaw,nucąc stary przebój pasujący do nieco ponurego koloru nieba...happy happy people...
Lubiła dobierać barwy, nie zawsze był czas na malowanie obrazów. Codzienne stroje były szybkim szkicem nastroju lub chęci na wybrane kolory-poprawiały samopoczucie. Były swoistym wytłumaczenie braku czasu na dawne zainteresowania. Umiejętności artystyczne tkwiły wewnątrz i dopominały się stukając -upominały, a nawet krzyczały. Nie zdążysz, a my tu tkwimy bez wyjścia. Dziwne jest to, że bycie takim człowiekiem zmusza do żałowania, jeśli nie pracuję się nad nawet malutkim talentem, a miała ich trochę. Niezła wyliczanka i nie wiadomo było, który wybrać. Popatrzyłam na spodnie w beżowo fioletową kratę i płaszczyk w odcieniu jasnego beżu. Ładny zestaw, nie zrezygnuję z niego szybko- pomyślała. Z takim nastawieniem wyszła kierując się w stronę zielonej linii metra. Przyjemne rozmyślania zapoczątkowane poranną zorzą i krokusami zepsuł stop! Metro zatrzymało się w tym miejscu, z którego dalszy dojazd nie należał do najłatwiejszych. Zaczęła się poruszać, bo nagle siedzenie było niewygodne, płaszcz przeszkadzał i w krótkim czasie stała się nerwowa. Nie wiadomo co było robić, siedzieć i czekać, czy szybkim krokiem kierować się w stronę najbliższego przystanku. Jak wszyscy zaczną wychodzić z pociągu to nie dostanie się do autobusu, bo większość ludzi jedzie do pracy i nie tylko ona chce przyjechać punktualnie. Wstała i pośpiesznie opuściła stacje. W oddali został tłum ludzi podążający do tego samego miejsca, Wtedy pomyślała o statystyce i ostatnio czytanej powieści. Jest nas zbyt wielu, okrutne, ale nie można podważyć tego co widać nawet bez obliczeń statystycznych. Wirus z powieści redukujący ludzi przez bezpłodność u niektórych stał się dobrym pomysłem na ułatwienie egzystencji.
-kurwa słyszysz, kurwa -dobiegało z drugiej strony ulicy
-kurwa, wiesz co oni kurwa robili, kurwa- wydzierał się głos
-kurwa co ja tutaj robię, kurwa- trochę się oddalił, bo przeszedł na drugą stronę
Chciała mu odkrzyknąć, a pamiętasz piosenkę co ja tutaj robię...nie musisz być, możesz wracać. Wstyd przyznawać się, że go rozumiem. Już spalił wizerunek kurwa.
Poni, zostawiłam ich po przejściu. Srebrno białe światło, energia życia tam. Bez hałasu wydawanego tu.

1 comment: